Z „Ziemi Ulro” Miłosza

Świat ludzi okaleczonych duchowo, cierpiących w ciszy, świat jednowymiarowych myślicieli, ewangelistów materializmu i osób pozbawionych nadziei. Trudno jednym zdaniem zinterpretować Ziemię Ulro, pojęcie ukute przez barona mistyków Williama Blake’a.

Dla Miłosza ziemia ta jest niczym mozaika ludzkich starań, by odpowiedzieć na kilka wiecznych i fundamentalnych pytań. Pytań o prawdę bez złudzeń jaką Miłosz widzi u Becketta, pytań o zło, które zaprząta myśli mieszkańców Ulro od czasów manichejczyków po Newtona, Heideggera i Marksa. Nie można opisać Ulro bez zanurzenia się w ogrom myśli giganta, jakim jest Miłosz… i wciąż mało. Z odmętów historii woła do nas bowiem Platon, Dante, Mickiewicz, Dostojewski i cała rzesza mocarzy, którzy na swoich ramionach próbowali ponieść niczym kaganek sens kondycji ludzkiej. Ziemia Ulro jako zbiór esejów to oko w oko z człowiekiem wciąż walczącym za pomocą logosu i wiary w człowieka jako jedności hellenistycznego umysłu, słowiańskiego mistycyzmu i anglosaskiej zdolności do praktycznej refleksji.

Wileński poeta wiedzie nas od mesjanizmu Mickiewicza po rosyjskich narodowców, z precyzją zegarmistrza rozlicza bohaterów Dostojewskiego, obrońców nieba na ziemi; Szatowa z Biesów, opętanych wizjami szwedzkiego myśliciela Swedenborga i, bodaj będąc pod jego największym wpływem, Blake’a. Im dalej tym jednak wody bardziej mętne, a światło wiary w ludzki umysł chwilami gaśnie. Od zwątpienia i urojenia całej mistyki po zachwyt nad ogrodem edenu w mickiewiczowskim Panu Tadeuszu.

Niepokój i zwątpienie nie jest niczym nowym. To nie Sartre czy Camus pierwsi zasiali w literaturze absurd i kpinę z człowieczej natury. Na ten sam niepokój Miłosz zwraca uwagę w średniowiecznym piekle Dantego, gdzie na drodze poprzez Sheol napotykamy,  obok postaci znanych z historii, duchy urojone, postacie zmyślone… Wieczne piekło niepewności, urojeń stworzonych w głowie pokornego, szukającego wiary i zbawienia włoskiego myśliciela.

Ziemia Ulro w Wydaw. Znak

Pada pierwsze pytanie na osi późnej twórczości Miłosza. Unde malum? Łacińskie „skąd zło”?  Pytanie to rodzi się w nurcie pokoleń niezadowolonych, unieważniających Boga, w wyrazie niezadowolenia z porządku bytu: „Każdy chyba człowiek przyjmuje nieszczęście w osłupieniu, jako coś, co absolutnie nie mogło się zdarzyć, a jednak się zdarzyło. Wydaje się ono pogwałceniem niepisanej umowy z istnieniem. Ufaliśmy tej umowie, zgodnie z którą, mimo, że ludzie na ogół cierpią, my mieliśmy być oszczędzeni”. 

Próżno szukać odpowiedzi na dalszych stronach. Zadowalającej odpowiedzi nie udzielili ani rosyjscy prozaicy, ani angielscy poeci doby romantyzmu, tym bardziej ci, którzy w zamyśle Miłosza z Ziemi Ulro uszli cało.

Miłosz dokonuje dość wcześnie trafnej oceny czym jest dla poety polskiego mówić zbyt wiele o mistycyzmie. To naruszenie tabu, które zakazuje literatom poważnie odnosić się do religii. Tabu, za które przykleja się metkę „w mistycyzm popadł”. Szufladkowanie jako pisarza prawicowego lub katolickiego. Miłosz śmiało w tej materii stawia się ponad rzeszą „niezbyt filozofów” i innych poetów polskiego XX w. Z ostrożnym milczeniem przechodzi jedynie koło Leśmiana, być może widzi w nim ten sam umysł wydziedziczony, pokrewny sobie. Beckett w swoich sztukach stawia drugie pytanie na przeciwległym biegunie miłoszowskiej krainy. Być może jeszcze bardziej drażliwe, pytanie o prawdę. Podobnie jak Beckett, Miłosz wybiera raczej najgorszą prawdę niż najpiękniejsze kłamstwo. Szuka jej w świecie Blake’owskiego mrocznego demiurga Urizena, w duszy Karamazowa, Kosmosie Dantego i mickiewiczowskiej teodycei. Czy konstrukty tychże mistycznych wizji, umysłu i pióra są prawdziwe? Tego ani autor, ani ja jako czytelnik nie jestem w stanie rozsądzić. Niemniej jednak wkład ich w literaturę europejskiego mistycyzmu jaką fascynuje się Miłosz jest prawdziwy.

Co łączy Mickiewicza, Swedenborga, Blake i Dantego, a czego Miłosz czytelnikowi na tacy nie podaje? Wędrowcy prowadzący swoich czytelników poprzez kosmologiczne mapy. Oni to wszyscy, tworząc światy i umiejscawiając w nich człowieka, starali się nadać światu porządek i sens, sens ten jednak wynikał nie z pieczołowicie zakreślonych map i widocznych horyzontów, lecz właśnie u każdego z nich z mistycznego instynktu, głosu z zewnątrz. Kreśląc takie drogowskazy po całej Ziemi Ulro Miłosz zatraca się w myśli tych i innych wielkich filozofów. Trudno nie wyczuć tęsknoty za epoką romantyczną. Miłosz trzeźwo jednak sięga myślą w przyszłość, wyprzedzając swój wiek zwraca się do nas.

Nie było to ostrzeżenie, jednak obawa jest niemal namacalna. Człowiek XX wieku nie śmie sprzeciwić się prawom socjologii, biologii czy psychologii. Miłosz spogląda ku horyzontowi i pyta czyż nie staliśmy się międzyplanetarnym społeczeństwem dwunożnych owadów. Czy poniekąd w dobie wszechogarniającego szkiełka i oka, technokratycznej mistyki algorytmu nie staliśmy się wszyscy mieszkańcami Ziemi Ulro? Miłosz wierzy, że tak nie jest. Wciąż walczy i będzie walczył aż do ostatniej strony swojego późniejszego o ponad dwadzieścia lat Traktatu teologicznego, który to Ziemię Ulro domyka, a autorowi przyniósł spokój.

[Zdjęcie wyróżniające nad tytułem: Czesław Miłosz, fot.: Michał Mutor/ Agencja Gazeta]

Mirosław Bednarski

Mirosław Bednarski: Absolwent filozofii Pomorskiej Akademii Pedagogicznej, komunikacji społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego oraz filologii angielskiej Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Doktorant Uniwersytetu Szczecińskiego w zakresie coachingu i samorozwoju. Tłumacz angielskiego, nauczyciel i wykładowca. Autor licznych artykułów z zakresu psychologii, kulturoznawstwa oraz negocjacji.

Dodaj komentarz