Z wyprawy do Sierakowa uwag kilka

Jest ich tysiące, a może i więcej. Niektóre przetrwały dwie wojny światowe, wielkie pożary spopielające miasta i inne klęski żywiołowe. Nie przetrwały jednak ludzkiej obojętności i bezczynności. W Sierakowie (woj. wielkopolskie) podobny los spotkał kościół ewangelicki z II połowy XVIII wieku. Z imponującego zabytkowego obiektu został niemal kamień na kamieniu. Budowla, która mogła stać się turystyczną wizytówką miasta, znikła prawie w całości z mapy miasta.

Ruiny kościoła ewangelickiego w Sierakowie. Stan na 27 maja 2017 r. Fot.: Mariusz Rakoski/ AR[e]TE

Dramatyczny los kościoła poznałem dość przypadkowo, bardziej w okolicznościach sportowych niż turystycznych (w dniach 27-28 maja odbyła się w mieście impreza sportowa – JBL Triathlon Sieraków). Trzeba przyznać, że miasteczko – malowniczo położone nad Wartą i dwoma jeziorami Jaroszewskim i Lutomskim – może pochwalić się zarówno walorami przyrodniczymi, jak i okazałymi (jak na 6-tysięczną miejscowość) zabytkami. Do Sierakowa pojechałem w roli, powiedzmy eufemistycznie, supporta, byłem zatem nieocenioną siłą mogącą zmienić losy triathlonowych zmagań Piotra, sportowego zapaleńca, który zaszczepił we mnie (nie, nie miłość do sportu, chociaż zdaję sobie sprawę, że ja, takie mikre chucherko, ma odpowiednie i do tego predyspozycje, ale na pewne wyrzeczenia nie jestem jeszcze gotowy) nowe formy spędzania wolnego czasu (przynajmniej w moim przypadku trzeba mówić „w czasie wolnym od pracy”, kiedyś to zmienię). Zmierzając  jednak do meritum sprawy. W Sierakowie pojawiliśmy się na dzień przed turniejem. Po przygotowaniach do triathlonu ruszyliśmy do centrum miasta. Mój towarzysz okazał się chłonny zabytkowej wiedzy, już w drodze – przez urokliwą, dziką Puszczę Notecką – podzielił się informacjami o mieście zaczerpniętymi z sieci na klika dni przed wyjazdem. Oglądając panoramę Sierakowa nad brzegiem Warty (swoją drogą szybko wybiliśmy sobie z głowy pływanie, ku naszemu zdziwieniu rzeka jest bardzo zanieczyszczona) zlokalizowaliśmy charakterystyczną szachulcową budowlę: „To musi być ten kościół ewangelicki” – powiedziałem. Ruszyliśmy na drugą stronę Warty w kierunku świątyni, nieświadomi, że na miejscu, od strony centrum, ujrzymy kupę gruzu.

Ta sama świątynia przed zawaleniem. Fot.: Jan Mezyk

Po powrocie do domu, z ziemi wielkopolskiej na ziemie odzyskane, od razu włączyłem komputer, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o losach kościoła. (Ale i w między czasie, kiedy Piotr płynął, jechał na rowerze i biegł po „sławę i pieniądze”, ja, jako godny support leżałem w słońcu wśród bujnych traw z „Sobieskim” i telefonem w rękach w poszukiwaniu informacji o interesującym mnie obiekcie). Kościół, o typowej konstrukcji szachulcowej, budowany był w latach 1782-1785 przez Gottlieba Werchana. Przetrwał nie tylko I i II wojnę światową, ale także wielki pożar z 1817 roku, który strawił niemal całe miasto. Świątynia przetrwała największe kataklizmy w swoich dziejach, jednak już po II wojnie światowej  budynek zaczął niszczeć, zaadaptowany został m.in. na geesowskie magazyny. Ciekawostką jest, że próba zdjęcia z wieży „niemieckiego” krzyża zakończyła się wypadkiem śmiertelnym. Zdarzenie zostało uznane za „zły znak”, a sam budynek popadł w niełaskę mieszkańców Sierakowa. Przez lata zaniedbywany (próby ratowania przez gminę dziedzictwa kończyły się zawsze na podaniach) budynek poddał się upływowi czasu. 15 października 2010 roku zawaliła się południowa część kościoła. Sieraków stracił zabytkowy obiekt, który mógłby być jego atrakcją turystyczną jeszcze przed długie lata. Oglądając na miejscu zawaloną część świątyni, można odnieść wrażenie, że nikt nie interesuje się dalszym losem tego, co pozostało. Ruiny zostały odgrodzone podziurawioną, odstraszającą siatką, na miejscu brak jakiejkolwiek informacji (poza zakazem wstępu na teren pod groźbą zawalenia pozostałej części kościoła) o obiekcie, przypadkowy przechodzień nie będzie miał pojęcia, do jakiego stanu została doprowadzona zabytkowa budowla (i chyba w tym rzecz, nie ma się czym chwalić).

Niegdyś synagoga żydowska, dziś budynek w rękach prywatnych. Stan na 27 maja 2017 r. Fot.: Mariusz Rakoski/ AR[e]TE

Nie tylko kościół ewangelicki popadł w niełaskę włodarzy miasta. W centrum, przy ulicy Sokoła 4 (niegdyś ulica Żydowska) turystę może zatrzymać nie mniej okazała budowla – synagoga żydowska z końca XIX wieku. Świątynia została zbudowana na planie prostokąta, z głównym ołtarzem wysuniętym w kierunku wschodnim. Synagoga była charakterystyczną świątynią orientowaną, zgodnie z przeświadczeniem, Jezus Chrystus zstąpi ponownie na ziemię (paruzja) od strony wschodniej. Dzisiaj budynek (to właściwe słowo, niestety) jest w rękach prywatnych, i zamiast majestatycznej synagogi mamy hurtownię i sklep meblowy. Kolejni właściciele skutecznie usuwali charakterystyczne elementy dla tego typu obiektów. Okna zostały – w większości – zamurowane, wyeliminowano również specyficzną rozetę z gwiazdą Dawida. Z pięknej architektonicznej sztuki został tylko ślad koła, które wypełniono cementem. Podobnie jak w przypadku kościoła ewangelickiego i przy byłej synagodze nie znajdziemy żadnej tablicy upamiętniającej i informacyjnej. Jednak każdy przechodzący obok byłej świątyni dwie się, że w tym miejscu – które coraz bardziej przypomina hurtownię – można kupić meble, o czym informują wielkie reklamy zawieszone na ścianach budynku. 

W XIX-wiecznym Sierakowie Żydzi stanowili 20% mieszkańców. Świątynię można byłoby zaadoptować m.in. na muzeum, które opowiadałoby o historii tego miejsca, o relacjach polsko-żydowskich, o miejscowej kulturze i innych zabytkach. Zamiast strawy duchowej i lekcji historii (jakież można byłoby organizować wycieczki szkolne, ba, przeprowadzić nie jedną lekcję „na żywym organizmie”) mamy przedziwnego kapitalistycznego potwora, który oferuje mieszkańcom Sierakowa meble do swoich mieszkań.

Z pewnością podobnych miejsc na mapie Polski nie brakuje. Po powrocie z Sierakowa utwierdziłem się w przekonaniu, że my, Polacy, nie potrafimy jeszcze szanować tego, co nie nasze (lub co „nie nasze” nam się wydaje). Takie świątynie, jak wspomniany kościół ewangelicki czy synagoga żydowska, były nie tylko nieodłącznym elementem architektonicznym miasta. Podobne obiekty to świadectwa ludzkiej mentalności i kultury, opowiadają nie tylko o tym, co było, ale także wiele mówią o nas samych. Przez ignorancję, może brak dobrej woli oraz egoizm skazujemy historię na zapomnienie. W tym kontekście może i rację miał Hegel: „Historia uczy, że ludzkość niczego się nie nauczyła”. Mówi się również, że historia lubi się powtarzać. Podobny los – ruiny lub np. cudownej przemiany kościoła katolickiego w dyskotekę (co dziś ma miejsce m.in. w Holandii) – może spotkać „nasze” świątynie.

Mariusz Rakoski

 

Dodaj komentarz