Wizje humanistyki [Janion – C. Levi-Strauss – J. Sartre]

Wizje humanistyki a język, w oparciu o recepcję hermeneutyczną Marii Janion.

M. Janion - Humanistyka. Poznanie i terapiaZbyt wiele problemów dotyczących humanistyki porusza Maria Janion (Humanistyka: poznanie i terapia), by można je było prawidłowo przedstawić, stosując przy tym jedną myśl przewodnią. Jednak postanowiłem skupić się na zagadnieniu, które nazywam: wagą języka literackiego, jego praktycyzmie i roli jaką pełni we współczesnej humanistyce, a więc jego związkom z rzeczywistością społeczną, językiem jako nośnikiem wszelkiej idei i wreszcie języku jako płaszczyźnie komunikacyjnej, bowiem, jak powiedział Gadamer, „komunikacja między ludźmi, to komunikacja językowa”.

Swoisty duch czasu jest zjawiskiem, tłem, które możemy wyodrębnić z mniejszym bądź większym trafem w każdej epoce humanistyczno-literackiej. Jak słusznie zauważa Janion – „to, co się myśli o literaturze […] uzależnione bywa w ogromnym stopniu od literatury takiej jaką ona jest współcześnie”, tak więc w poszczególnych epokach zawsze istniało przeświadczenie w świadomości odbiorców na kształt gruntu, dobrego smaku, które to, mówiąc metaforycznie, tworzyło fundament właściwych norm, czasem konwenansów, z którymi to liczyć się musiało każde nowo zaistniałe dzieło literackie. Oczywiście, częsta była to również forma ucieczki od innych płaszczyzn ekspresji kulturalnej do tak powszedniej książki, gotowego zwierciadła życia, często właśnie „raju utraconego”. Jednak to potrzeba wciąż warunkowała być albo nie być autorów, a jakaś forma zmiany paradygmatu była i jest ciągle wydarzeniem na miarę geniuszu literackiego. Współistnienie twórcy, często uważanego za autonomiczny świat, i jego tworu literackiego wraz ze światem „oczekujących” oraz niehermetycznych, intelektualnie otwartych na nowe prądy odbiorców jest niekwestionowane. Odbiciem tych jakby dwóch światów są dwie formy języka w humanistyce: język literacki jako język utworu pisarza, język stylu literackiego, prądu czy nawet epoki, oraz język rozumiany jako język metaliteratury, często odznaczający się krytyczno literacką refleksją, jednak to dopiero na gruncie dyskursu między tymi przenikającymi się płaszczyznami porozumienia możliwa jest jakakolwiek ocena, krytyka bądź pochwała również co do adekwatności pierwszego z wymienionych tu języków względem odbiorców, którzy to z racji swej „funkcji” posługują się w głównej mierze tym drugim. Jeśli teraz za intencję czytelników przyjąć (w głównej mierze) chęć wniknięcia w świat autorów (często uważany za ekskluzywny) jako dawców kultury, dążność do równouprawnionego decydowania o tym, co jest warte mojego zainteresowania jako jednostki myślącej i aktywnej to widzimy, iż tak zwany spór o język, w którym to padają zarzuty typu: zbyt wyszukanego żargonu naukowego, niedostępności dla potocznie rozumianych mas, jest niczym innym jak sporem o samostanowienie wizji i kierunku rozwoju w humanistyce.

Czym przecież jest humanistyka, jeśli nie otwartym wglądem we wszystkie aspekty działalności ludzkiej, poznaniem jego specyficznych właściwości (chociażby posługiwanie się symboliką, nie mówiąc nawet o koncepcji form symbolicznych Ernsta Cassirera). Humansus – człowiek; ogólnie rozumianą metodą dotarcia do jego istoty powinno być właśnie wielorakie spojrzenie na całościowy obraz działalności ludzkiej. Takim podejściem w swojej pracy charakteryzują się między innymi wymienieni przez Janion Jurij Lotman, Mircae Eliade czy Claude Levi-Strauss, prekursorzy sensu largo rozumianej metody w opisie człowieka i jego rzeczywistości jako ujęcie całościowe. Eliade – starający się na podstawie archaicznego mitu wyciągnąć ogólne własności w myśleniu ludzkim. Czyż nie jest w pewnym sensie przywróceniem na piedestał, ponownym nadaniem realnego sensu sacrum, gdy Eliade pisze: „sacrum nie jest jakimś etapem w historii świadomości, ale elementem jej struktury. Na najbardziej pierwotnym  i archaicznym poziomie kultury życie ludzkie było samo w sobie aktem religijnym” (M. Eliade, Próba labiryntu). Rozumienie człowieka i jego świata jako struktury jest też jedną z przesłanek u Levi-Straussa, etnologa, starającego się (na podstawie „kultur dzikich”) uzmysłowić nam bliskość tej jak i każdej innej kultury, a to z przyczyny posługiwania się tymi samymi prawami języka rozumianego jako wykładni logicznego sensu. Język w ujęciu Levi-Straussa nadaje porządek kulturalny, integruje i umożliwia istnienie. Mamy więc dwie cechy, czy raczej narzędzia dotarcia do struktur pierwotnych w myśleniu ludzkim (rozumiane jako atuty w nowej metodzie humanistycznej). Po pierwsze, dążenie do uchwycenia podstaw wspólnoty ludzkiej, zrozumienie struktury człowieczeństwa przez odwołanie się między innymi do sfer aktywności ludzkiej na pierwszy rzut oka przebrzmiałych, nieistotnych z klasycznego, konserwatywnego rozumienia humanistyki jako z kręgu czysto literackiego. Po drugie, zwrócenie uwagi na stronę semiotyczną wypowiedzi, czy nawet całego języka jako nośnika, w którym to egzystują zakodowane logicznie prawa wypowiedzi, a (idąc dalej w kierunku rozumowania Levi-Straussa) prawa rozumienia i postrzegania świata. Paradoksalnie posługiwanie się tymi dwoma założeniami jest po części działalnością prowadzącą nas do wytłumaczenia wspomnianego wcześniej sporu o język, a dokładniej jego przyczyn. Po części, gdyż na przeszkodzie stoi coś jeszcze.

Myślę, że można określić to wizją samego człowieka, jego celu w oparciu o światopogląd nieskrępowanego postępu jednostki, społeczności czy cywilizacji. Dwóch myślicieli wymienianych również w kontekście walki ze struktualizmem legitymowało się w swoich poglądach podobnym stanowiskiem. Pierwszy z nich J.P. Sartre, twórca egzystencjalizmu, widzący człowieka co prawda przez swą nieograniczoną wolność jako nieszczęśliwego, lecz, jak dowodzi w Egzystencjalizm jest humanizmem, to właśnie wolność i nieskrępowana możność przekraczania zastanych struktur i konwenansów jest powodem ciągłego zachwytu człowiekiem (jak i odwrotnie: niebezpiecznego nieprzewidzenia posunięć zagrażających innym). Tak więc chodzi tu innymi słowy o pewną negację zastanego stanu rzeczy, zaabsorbowanie go, a następnie przekroczenie, które to ma odbicie również właśnie w samym języku. Chyba bardziej niż u Sartre’a u drugiego z antystrukturalnych myślicieli – Marksa – widać jak myśl zakładająca wizję człowieka rewolucyjnego, negując zastany stan rzeczy, tak posługuje się językiem, by pejoratywnie nacechować język stosowany dotychczas. Niech przykładem będzie tutaj chociażby termin „burżuazja”. Jakoś tak się składa jak pokazuje historia, że niemal każda rewolucyjna koncepcja czy to filozoficzno-społeczna, czy nawet operująca na gruncie poglądów z dziedziny sztuki, literatury, literaturoznawstwa zakłada pewną wymianę pojęć, nomenklatury, zastępując istniejącą dotychczas, będącą symbolem błędnego pojmowania, rozumienia świata swoją własną, nową – chciało by się powiedzieć, że politycznie poprawną.

Trzeba to podkreślić jeszcze raz: język pełni funkcję komunikacyjną, jednak jest też sposobem myślenia (Wittgenstein pisał: „granice mojego języka są granicami mojego świata) – myślenia, które widzimy dają się narzucić i to często nieświadomie. W tym wypadku zadaniem humanistyki jest uświadomienie nam potęgi tkwiącej w słowie – tej samej jaką posiedli rzymscy mówcy, czy rosyjscy prozaicy. Istnieje też inne zagrożenie. Język w duchu epoki, uwznioślony polotem swej myśli, dochodzi do pewnego poziomu, przekracza granice do tego stopnia, że jego interkomunikacyjność popada wśród interpretatorów (często też wśród samych twórców) w apologię. Jest to nic innego, jak przekonanie, iż jakaś forma wymowy i myśli ma do spełnienia pewną misję, mniejsza o to czy jest to misja dziejowa, czy tylko polega na obaleniu pokutującego dotąd stereotypu. Niech przykładem posłuży tutaj polski romantyzm, gdzie walka z nim (jeszcze wiele lat po epoce) polegała nie tyle na ścieraniu się z przekonaniami i językiem pisarzy (Trentowski, Cieszkowski, Mickiewicz), lecz ze stworzoną przez nich tradycją narodową. Gwoli szczerości, jako wielkiego reformatora pozytywistycznego walczącego z takim stanem rzeczy, wymienić należy Aleksandra Świętochowskiego. Przezwyciężenie podobnych stereotypów popada jednak w inną anomię; w wzmiankowaną wcześniej przesadzistość języka, oparcie go na terminologii często sztucznej lub zaczerpniętej z kręgu nauk wąsko rozpowszechnionych. Jak radzi sobie z tym współczesna humanistyka? Otóż ewolucja kulturalna wymusza unaukowienie języka literackiego, przy czym nie oznacza to oderwanie go od rzeczywistości, natomiast wydaje się wymaganym, aby taki postęp szedł w parze z ogólnym wzbogaceniem intelektualnym społeczeństwa i otwarciem go na swoistą awangardę naukową, przy czym podkreślić należy, że język ten musi odzwierciedlać faktyczny stan wiedzy – nie być tworem czasów zamierzchłych czy obrazem nowatorskich idei jednego człowieka (nasuwa się tu propaganda) – jeśli chce być komunikatywny. Znów, więc pojawia się postulat, by odbiorca we własnym zakresie dążył do wypracowania w sobie umiejętności autonomicznego, racjonalnego osądu opartego o, cytując Janion, „metodologię rozumienia i wyboru”.

Umiejętność rozumienia ukrytych kodów w języku, a więc w naszej podstawowej strukturze komunikacyjnej, prowadzi nas do innej i chyba jeszcze istotniejszej umiejętności, tj. do wychwytywania i dowolnego aprobowania (bądź nie) idei jakie nasza rzeczywistość przekazuje nam za pomocą języka. XX wiek ujawnił jak prostym może być sterowanie ideą. We wspomnianej wcześniej propagandzie, dajmy na to faszystowskiej, pojawiła się procedura polegająca na zamianie znaczenia określonego słowa na znaczenie, które nie może być inaczej odczytane jak tylko w połączeniu ze ściśle określonymi z góry odczuciami, wrażeniami mającymi na celu interpretować słowa jak „Żyd” w aurze przenikliwego wstrętu, natomiast słowa „naród”, „rasa”, „aryjczyk” jako dodatnio rozumiane w kontekście porządku obyczajowego. Można by nawet pójść dalej i wskazać inne ciekawe zjawisko polegające na zmianie historii danego słowa, a przez to jego sensu, idei, którą ze sobą niesie – chociażby „biały człowiek”. Często łączy się to jeszcze z oderwaniem ów idei od sfery realnych możliwości i osiągnięć ludzkich. Stawały się one niczym upiory, odczłowieczone ideały, do których dążenie, spełnianie ich stawało się priorytetem ważniejszym niż zachowanie jednostki, jej indywidualności i dobra. Takiemu porządkowi rzeczy sprzeciwiał się stanowczo tzw. rewolucyjny humanizm w ujęciu Marksa, zakładający, iż żadna rzeczywistość ideologiczna nie może sobie za cel stawiać coś innego niż sferę bytowania każdego człowieka. Nie chciał Marks wprawdzie dopuszczać do przeciwstawiania sobie jednostki a wspólnoty, jednak to chyba właśnie realność grupy (chociażby klasy proletariackiej) stanowiło dobro najwyższe (w sensie nic ponad, nic transcendentalnego nie może być celem ów rewolucji). Idea nie istnieje w oderwaniu od życia człowieka na kształt oderwanego filozofowania, lecz z tym człowiekiem współistnieje.

Z powyższych rozważań wysuwa się pewna przesłanka: jakkolwiek nie zaprzęgniemy języka do celów własnych (grupy), to okazuje się, że cel ten zostanie niemal automatycznie zmodyfikowany w starciu z odbiorcą oraz wszelkimi czynnikami warunkującymi rozumienie odbiorcy. Hermeneutyka jako panaceum – być może jest to zbyt pochopnie postawiona teza, jednak niesie ona w sobie ziarno prawdy. Nie będę tutaj dokonywał skrupulatnej analizy samej hermeneutyki, gdyż nie jest to celem tej pracy. Moim zamiarem jest raczej wskazanie pewnych kluczowych cech metodycznych hermeneutyki. Etymologicznie jej znaczenie wyciąga się od „hermeneja” („mowa”), co uzmysławia nam, że dąży ona do rozwikłania trudności interpretacyjnych tekstu. Więcej, stara się, wedle Gadamera, odkryć sens świata pojawiającego się w toku międzyludzkiej komunikacji – zaistniałej, gdyż, jak mówi w Prawdzie i metodzie, „byt, który może być rozumiany jest językiem”.

Trzeba teraz zaznaczyć dwa typy postaw jakie musi łączyć w sobie hermeneutyka przystępując do pracy. Otóż z jednej strony operując na tekstach kanonicznych, świętych, w głównej mierze musi uważać, by nie popadać w egzegezę, musi zachować pewien dystans. Z drugiej strony, w toku procesu czynienia tekstu zrozumiałym dla innych dokonuje ona zdrowej krytyki, jednak nie może podać znów nowej, własnej interpretacji kanonicznej. Jeśli teraz przytoczyć – chyba kluczowe zdanie –„poznanie wartości staje się terapią”, to hermeneutyka dąży do przywrócenia tych wartości, otarcia z kurzu zapomnianych walorów ukrytych po tekście rozumianym szeroko po Dilthey’owsku (jako wszystko, gdzie zapisuje się duch). Sam rozumiem hermeneutykę wbrew interpretatorom Gadamera w pełni jako metodę konstruktywną dla humanistyki, priorytetową w ukazaniu wagi języka literackiego i co za tym idzie języka naszego, współtwórców i współodbiorców w dyskursie, jakim jest m.in. refleksja hermeneutyczna.

 Mirosław Bednarski

Mirosław BednarskiMirosław Bednarski: Absolwent filozofii Pomorskiej Akademii Pedagogicznej, komunikacji społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego oraz filologii angielskiej Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Doktorant Uniwersytetu Szczecińskiego w zakresie coachingu i samorozwoju. Tłumacz angielskiego, nauczyciel i wykładowca. Autor licznych artykułów z zakresu psychologii, kulturoznawstwa oraz negocjacji.

Dodaj komentarz