„Wielki Gatsby” F. Scotta Fitzgeralda w przekładzie Jacka Dehnela

F. Scott Fitzgerald

W rankingu najgorszych książek 2013 r. wznowiony Gatsby zająłby chlubne 1. miejsce

W wydawnictwie Znak ukazuje się cykl „50 książek na 50-lecie Znaku”. Wydawca przekonuje, że książki zarówno dobrze znane, jak i zapomniane, o których warto przypomnieć. Chcąc nie chcąc na liście znalazła się powieść Wielki Gatsby Francisa Scotta Fitzgeralda z 1925 roku.

W blubry tegorocznego wznowienia pozycji amerykańskiego pisarza czytamy, że „seria 50 na 50 to książki, które trzeba po prostu znać”, są one i kultowe, i prowokacyjne, a przede wszystkim – refleksyjne. Autorem nowego przekładu został Jacek Dehnel, współczesny poeta, wielokrotnie nominowany do najważniejszych nagród literackich (laureat Nagrody Kościelskich z 2005 r., Paszportu „Polityki” z 2007 r. czy „Śląskiego Wawrzynu Literackiego” za 2008 r.), prozaik i tłumacz takich autorów, jak Philip Larkin (angielski poeta), Edmund White (amerykański powieściopisarz) czy Kārlis Vērdiņš (łotewski poeta). Tłumacz i poeta niewątpliwie zasłużony dla polskiej kultury, trudno jednak oprzeć się pokusie, aby na tłumaczenie nie spojrzeć krytycznym okiem.

We wspomnianym blubry książki Znak zachwala nie tylko znaczenie i wartość powieści F. S. Fitzgeralda. Podkreśla również „znakomity” przekład poety: „Porywający styl i doskonały warsztat tłumacza […] sprawiają, że Wielki Gatsby zyskuje nowe życie, stając się powieścią niepokojąco aktualną i boleśnie bliską”. Paradoksalnie ten „porywający styl i doskonały warsztat” obnaża sam termin „blurb”, który oznacza: krótką inskrypcję na okładce lub odwrocie książki oraz, z gwary poznańskiej, bajdurzenie, bzdury i „pogaduchy przy kawie”. Gdyby wierzyć każdej podobnej inskrypcji, krótkiej reklamie windującej książkę, na naszym rynku przynajmniej raz w miesiącu wyłania się wschodząca gwiazda wielkiej prozy i dotąd niespotykanej, olśniewającej osobowości. Znak chce, aby geniusz Fitzgeralda nie zblakł i rehabilituje jego wielką spuściznę – aż pięć powieści, w tym opowieść o niewielkim Gatsby. Problem jednak w tym, że ani przekład, ani materiał, nad którym w pocie czoła pracował J. Dehnel, nie jest choćby wspomnianym bajdurzeniem i rozmową przy kawie. Opowiadanie historii o sprawach codziennych towarzyszy najczęściej język soczysty, ten, który znamy z ulicy czy tramwaju. Więcej literackości usłyszymy z ust pani Jadzi ze sklepu z gazetami, niż przeczytamy u Fitzgeralda. W powieści Wielki Gatsby zakochał się nie tylko Znak. Książka znalazła się na 46. miejscu listy „100 książek XX wieku” francuskiej gazety „Le Monde” (ranking z 1999 r.) i wyprzedziła takie nazwiska, jak Milian Kundera, Michel Foucault czy Virginia Woolf.

„Znakomity” przekład Jacka Dehnela generuje pytanie: W którym miejscu zaczyna się granica, której tłumaczowi nie wolno przekroczyć? Czy zakres obowiązków tłumacza pozwala ingerować w oryginalny materiał językowy, a tym samym styl pisarza? Praca nad stylistyczną czy gramatyczną poprawnością powieści obejmuje, przynajmniej z założenia, kompetencje korektora, pomijając życzenie, że sprawnym piórem powinien posługiwać się sam autor książki. Nie oczekujmy jednak od S. F. Fitzgeralda mistrzowsko poprowadzonej narracji czy literackiego języka. Przyjaźń Fitzgeralda z Ernestem Hemingwayem nie może nobilitować tego pierwszego na tak wysoki piedestał w rankingu „Le Monde”. Nie do pojęcia pozostaje fakt, że ten kronikarz epoki jazzu pracował nad poprawkami do scenariusza filmu Przeminęło z wiatrem. Zarówno z życia, jak i „dzieł” amerykańskiego pisarza wyłania się smutna prawda: Fitzgerald nie miał sobie równych jako „dusza towarzystwa” i bohater skandali. To nie literatura postawiła Amerykaninowi pomnik trwalszy od spiżu, ale skandale i tak zwany high life, który w ostateczności zabił autora w wieku 44 lat (zmarł na chorobę alkoholową). Przyjrzyjmy się jednak doskonałemu warsztatowi J. Dehnela.

Błędy zdarzają się najlepszym. Rzecz prozaiczna. Oczywista. Zdaje się jednak, że ktoś przecenił własne możliwości. W książce spotykamy tak nieporadne i karkołomne zdania, jak: „Gatsby’ego odwołano do telefonu”[1], „Urwał i zaczął spacerować w tę i we w tę”[2], „Deszcz wciąż padał, ale na zachodzie ciemności się rozstąpiły i ponad morzem widać było złotoróżowe kłęby pienistych chmur”[3], „W jednej z gazet podali […][4], czy „Koło wpół do czwartej […]”[5]. To wyjątkowe tłumaczenie wyrażają z pewnością rażące potocyzmy („spytać” zamiast „zapytać”) oraz interpunkcyjne błędy: „Gatsby usunął się w cień i podczas gdy Daisy rozmawiała ze mną, sumiennie wodził między nami nieszczęśliwym, wzrokiem pełnym napięcia”[6]. Tak rozpędzonego w „porywającym stylu” czytelnika muszą również hamować konstrukcje zdań kompletnie niezrozumiałych: „A to mi uświadomiło, że zapomniałem zgodzić na później moją Finkę”[7]. Pokutuje również czytanie ze zrozumieniem: oto główna bohaterka (Daisy) zaśmiała się „swoim słodkim, ekscytującym śmiechem; z jej dekoltu uniósł się w powietrze obłoczek pudru”[8]. Pozostaje pytanie, czy „obłoczek pudru” może unieść się nie w powietrze? Element razi również kontekstem opisu: jakim sposobem z dekoltu Daisy unosi się (oczywiście, że w powietrze) obłoczek pudru, skoro narrator wcześniej jak krowa na rowie podkreśla, że z bohaterów pot dosłownie spływał z ciał? Nie znajduje odpowiedzi.

Słowem jeszcze o przypisach. Nie podlega dyskusji, że spełniają ważne funkcje, m.in. informacyjne i wyjaśniające. Inaczej jest, niestety, w przypadku przypisów Jacka Dehnela. Nadgorliwość merytorycznego i profesjonalnego opracowania materiału poszła na marne, mamy za to zamieszanie:

– Ze Środkowego Zachodu? A skąd konkretnie? – spytałem niezobowiązująco.

– Z San Francisco[9]

W sprawie San Francisco J. Dehnel spieszy z pomocą i w przypisie tłumaczy czytelnikowi, że: „San Francisco nie leży na Środkowym Wschodzie”(sic), a przecież autor o takim kierunku w ogóle nie wspomina. Występuje również wiedza bezużyteczna, kiedy tłumacz wyjaśnia, czym jest gin rickey. Po co?

Nie jestem obrażona na Jacka Dehnela.  Złe publikacje nie powinny być tłumaczone. O czym bowiem jest Wielki Gatsby? Nie jest z pewnością o gangsterskich porachunkach i przestępczym półświatku, w którego tryby dostaje się Jay Gatsby. Z trudem przychodzi mi pisać o książce, z której czytelnik nic nie wynosi. Gdzie ta refleksja i zapowiadana przez wydawnictwo „niepokojąca aktualność i bliskość”? Gdzie porywająca fabuła, gangsterska jatka i obraz „straconego pokolenia”? Zamiast tego otrzymujemy nudną (to właściwe słowo) fabułę – o trywialnych rozmowach i spotkaniach niemniej jałowych. Ale oprócz tego, oprócz tego nic, ta książka jest również o nieszczęśliwej miłości Gatsby’ego (jakiej wcześniej nie znała literatura czy film).

Książkę F. Fitzgeralda, tym bardziej tłumaczenie polskiego poety, najlepiej włożyć między bajki. Powieść, która miała traktować o „straconym pokoleniu” lat 20. XX wieku, opowiada nieporadnym językiem o miłości. Miłości rozdmuchanej do granic nierealności, absurdu i paradoksu.

Sonia Jatczak

(Konsultacja merytoryczna: Mariusz Rakoski)

*Wprowadzono stylistyczne poprawki: 23.12.2013, 15:57, 28.07.2014 


[1] Fitzgerald F., Wielki Gatsby, tłum. Jacek Dehnel, Znak, Kraków 2013, s. 130

[2] Tamże, s. 134

[3][3] Tamże, s. 115

[4] Tamże, s. 104

[5] Tamże

[6] Tamże, s. 107

[7] Tamże, s. 103

[8] Tamże, s. 140

[9] Tamże, s. 81

Obrazek wyróżniający: Posiadłość głównego bohatera w ekranizacji Wielki Gatsby (reż. Baz Luhrmann, USA 2013)

19 myśli nt. „„Wielki Gatsby” F. Scotta Fitzgeralda w przekładzie Jacka Dehnela”

  1. Witam.
    Kilka słów w sprawie recenzji. Cieszę się, że autorka tekstu wytknęła błędy tłumacza, świadczy to o wnikliwej lekturze czytelnika. Takie potknięcia nie powinny się zdarzać, tym bardziej że autorem przekładu jest tak znana i ceniona osoba.

    Z jednym nie potrafię jednak się zgodzić. Skupiła się Pani bardzo na samym autorze książki, oberwało się również Jackowi Dehnelowi. Uwagi o błędach, jak pisałem wcześniej, cenne, jednak sam język przysłonił Pani problematykę utworu.

    1. Książka jest o straconym pokoleniu, rozkochanym w materialistycznym i nadmuchanym życiu, kiedy o wartości człowieka stanowi pieniądz. Czy nie jest tak i dzisiaj? Czy nie czujemy się nieśmiertelni w butach Nike, ba, w marynarce i spodniach od sławnych projektantów mody?
    2. Książka o ludziach samotnych. Wspomina Pani, ze fabuła nieciekawa, nudna, jałowa. I taka być powinna, bo takie jest to pokolenie z jałowymi rozmowami o rzeczach nieistotnych.
    3. Książka o samotności – pod osłoną blichtru i fleszy mamy bohaterów samotnych, niespełnionych – choćby Nick, zachłyśnięty wielkomiejskim stylem życia nie spełnia swoich pisarskich planów.
    4. Książka o nieszczęśliwej, nawet romantycznej miłości – facet zakochuje się w niewłaściwej kobiecie (typowe dla romantycznych bohaterów, m.in. Werter), z tą jednak różnicą, że sam nie popełnia zabójstwa, tylko zostaje zamordowany…
    5. i wiele więcej…

    Tę książkę musi Pani specjalnie nie lubić. Nikt nie zmusza, jednak Pani ocena wydaje mi się niesprawiedliwa.

    Pozdrawiam
    Łukasz z Łodzi

  2. Szanowna Pani,

    dziękuję uprzejmie za recenzję przekładu – choć, prawdę mówiąc, trudno mi się zgodzić z większością Pani tez. Zacznijmy po kolei: notka na książce to „blurb”, z gwary poznańskiej pochodzą z kolei „blubry”. Miało być błyskotliwie, a wyszło nieszczególnie.

    Nie wiem, czemu zwrot „odwołać kogoś do telefonu” wydaje się Pani niezręczny? Staromodny? Może. Podobnie jak „zgodzić kogoś” w sensie „umówić się z kimś, że przyjdzie pracować o konkretnej porze (czasem: w konkretnym wymiarze godzin, do konkretnego zajęcia) – ale to jest powieść niemalże sprzed lat 90! Nie jest też żadnym błędem – w przeciwieństwie do „unieść się do góry” – „unieść się w powietrze”. W oryginale ten fragment brzmi: a tiny gust of powder rose from her bosom into the air; „gust” to powiew, uderzenie, podmuch – ale „podmuch pudru”? podobnie jak poprzednia tłumaczka („z jej dekoltu uleciał w powietrze maleńki obłok pudru”) zdecydowałem się na podkreślenie raczej wyglądu niż zapachu. Można się z tą interpretacją nie zgodzić – ale do „błędu” jeszcze daleko.

    Nie wiem, czemu „spytać” odbiera Pani jako „rażący potocyzm”, skoro to forma równorzędna z „zapytać” (vide: http://www.fil.us.edu.pl/ijp/poradnia/baza_archiwum.php?POZYCJA=140&AKCJA=&TEMAT=Poprawno%B6%E6%20komunikacyjna&NZP=&WYRAZ=)?

    Czemu przypis dot. gin rickey? Bo alkohole i rozmaite drinki są w „Wielkim Gatsbym” niesłychanie ważne; można całą pracę na ten temat napisać – proszę pamiętać, że tę powieść pisze alkoholik w czasach prohibicji – dla innych czytelników pijących po kryjomu i bawiących się do rana w tajnych tingel-tanglach. To jest ważna część świata przedstawionego

    Jedyny błąd to, faktycznie, błąd redakcyjny (że w przypisie jest „Środkowym Wschodzie”; pewnie wynikło to ze skrócenia przypisu – że leży na wschodnim wybrzeżu, a nie na midweście). Za to się biję w piersi, choć, obawiam się, tylko częściowo we własne. Natomiast samo zwrócenie uwagi czytelnika, że Gatsby popełnia tu rażący błąd geograficzny, wydaje mi się zasadne.

    O tym, dlaczego „Wielki Gatsby” jest powieścią wybitną, o tym, że miał wpływ na całe pokolenia literatów – pisałem nieco w posłowiu, nie będę się powtarzał; natomiast myślę, że sama Pani dochodzi do istoty sprawy, choć nieco naokoło: w świecie tanich romansideł Fitzgerald napisał nie o miłości, ale o jej ułudzie, nazywanej miłością. Nie trafiło to do Pani – i trudno. Nie do każdego trafia, może trafi za lat 10 czy 15. Ale nazywanie tego „gównem” jest przykładem rozbrajającej czytelniczej nieświadomości.

    Łączę ukłony
    Jacek Dehnel

    1. Pani Sonia rzeczywiście się zagalopowała, tak, jakby w książce w ogóle treści nie było, a jest o czym pisać. Odnoszę wrażenie, że po prostu autorka tekstu nie czuje bluesa do tego rodzaju literatury, jak to ujął Pan Jacek Dehnel, o „ułudzie” miłości.
      Słuszna uwaga co do „blurb”. To nie to samo, co „blurby”, mimo że brzmi podobnie. Jeśli autorka była świadoma tej różnicy, można było zasygnalizować, bowiem te krótkie wydawnicze „rekomendacje” książki często przypominają bajdurzenie .
      Mnie „WG” ani nie grzeje, ani nie mrozi. Nie zrobił na mnie wrażenia, ale ocena z pewnością niesprawiedliwa.

      Z szacunkiem
      Stanisław

  3. Hmmm…Recenzja Pani Soni ,moim zdaniem , trochę obok książki płynie 🙂
    Dla mnie „Wielki Gatsby” jest i zawsze będzie jedną z wyjatkowych pozycji i na pewno między bajki jej nie włożę:-) .W wielu punktach zgadzam się w zasadzie z Panem Łukaszem. .
    Może przyjdzie czas ,że pani Sonia dojrzeje do tej pozycji,może..”pewnego piękneg poranka”…a może nie ,co jednak jest ,na szczęscie,bez znaczenia dla wartości „Wielkiego Gatsby’ego” .
    Pozdrawiam Wszystkich świątecznie!

  4. „Wielkiego Gatsby’ego” czytałam bardzo, bardzo dawno temu. Dzisiaj patrzę na tę książkę z innej perspektywy – doświadczenia i tej prozy życia. Gdybym czytała ją dzisiaj z pewnością nigdy bym do niej nie wróciła, a wracałam z kilka razy jako młoda marzycielka, co chciała księcia na rumaku.

    Przekładu Jacka Dehnela nie czytałam, wydaje mi się jednak, że jeżeli te błędy tak gęsto występują, to chyba wina leży gdzieś pośrodku – tłumacza – korektora – wydawcy.

    Recenzja… zgadzam się z Panią Moniką i Panem Łukaszem, po prostu nie podpadła do gustu, a o nich się nie rozmawia.

    Pozdrawiam redakcję, stała czytelniczka
    Sylwia Łazik

  5. uuu…to i Ty Mariuszu dojrzeć jeszcze,widzę,musisz (mozesz):),bo nie tylko w takim razie Pani Soni należy sie komentarz ,że „recenzja płynie obok ksiązki”.

    1. Taaa…..Być może spostrzeżenia w komentarzu p.Soni są niekonwencjonalne, ale jest to niewątpliwie spojrzenie młodej osoby, której treść i forma książki przesłoniła samą postać pisarza. Być może nowe pokolenie czytelników właśnie tak odbiera niegdysiejsze sacrum literackie. Wydaje się jednak cenne, że komentarz wywołał taką polemikę, a to jest budująca sprawa. A że „recenzja płynie obok książki”… no cóż, być może za 10 lat, kiedy autorka dojrzeje do wielkości Wielkiego… i wyrobi sobie gusta czytelnicze, może już nie popłynie.

      1. Spokojnie…sądzę ,że przy odpowiednich wskazówkach właściwych ludzi…spojrzy na Gatsby’ego inaczej a i pokory powoli nabierze 🙂

  6. Czytam recenzję, nie wierzę własnym oczom, a na usta nasuwa mi się pytanie: czy recenzentka przeczytała „Wielkiego Gatsby”ego” F. Scott’a Fitzgerald’a?

    Dlaczego nie dostrzega pani optymizmu bijącego od Gatsby’ego, o jego pogoni za marzeniem i pragnieniem prawdziwej miłości, oddaniu, wielkiej wizji życia… Jest wiele przekazów w tej powieści, niezwykle istotnych i zastanawiających, dlatego nie mogę się zgodzić z pani recenzją. Nie uwzględniła pani lub też nie dostrzegła merytorycznego znaczenia słów F. S. Fitzgerald’a, tylko skupiła pani uwagę (tu zgadzam się z panem Łukaszem) na autorze.

    Recenzja napisana „na kolanie”, „w trakcie przerwy obiadowej”, brak polemiki nad głównymi wątkami. Proponowałabym przeczytać powieść w ciszy i spokoju (ze zrozumieniem).

    Agata Dziuba

    1. Pani Agato…autorka recenzji to jedno.Nie wieszajmy psów na dziewczynie (kobiecie),która poddała swoją recenzję konsultacji merytorycznej .Czyli autorów jest,można rzec,dwoje .

  7. Książki nie czytałem, ale film z DiCaprio nie do zniesienia, wytrzymałem z 40 minut. Jakoś autorce recenzji wierzę, tak jak chciałem kupić, tak nie kupię : )

    1. Zgoda, film nie do zniesienia – gdyby nie to, że byłem ciekaw kolejnych rozwiązań, wyszedłbym jeszcze wcześniej. Proszę się tym w ogóle nie zrażać, to koszmarna adaptacja, niemająca wiele wspólnego z oryginałem.

  8. Tajny Detektyw says:
    24 grudnia 2013 at 10:05

    „Zgoda, film nie do zniesienia – gdyby nie to, że byłem ciekaw kolejnych rozwiązań, wyszedłbym jeszcze wcześniej. Proszę się tym w ogóle nie zrażać, to koszmarna adaptacja, niemająca wiele wspólnego z oryginałem.”

    Może podobnie jest, zdaniem Soni Jatczak z tłumaczeniem?
    Ktoś wcześniej wytkał autorce wycieczki ad personam, po czym zrobiono to samo w stosunku do niej.
    Bardzo pouczające pouczanie.

    1. Pani Jatczak wytoczyła działa – ale, będę się upierał, kwestionuje zupełnie poprawne formy i zdania, na co podałem ileś argumentów, do których się nie ustosunkowała. Doprawdy, nie wiem, gdzie Pańskim zdaniem robiłem w stosunku do p. Jatczak wycieczki ad personam – a jeśli nie chodzi Panu o moje słowa, to dlaczego miałbym odpowiadać za słowa kogoś innego?

      1. Szanowny Panie, Szanowni Państwo.

        Niezręcznie jest mi być sędzią we własnej sprawie. W życiu zawodowym podzielam zdanie, że prace powinny same się bronić.

        Moją opinię (tu ktoś mi zarzucił stronniczość wypowiedzi – opinię to do siebie mają, recenzje również, chociaż, tu pełna zgodność, że mniejszym stopniu) nie pisałam na kolenie (Pani Agato), ale w przytulnym pokoju, przy biurku i do nastrojowej muzyki Lany Del Rey – czy przeczytałam bez zrozumienia? Z tym trudno polemizować.

        Nie miałam zamiaru czynić personalnych wycieczek wobec Fitzgeralda ani Pana Jacka Dehnela; jeśli wyszło inaczej, pozostaje mi tylko za to przeprosić.

        Być może nadużyciem jest nazwanie „staromodnych” form błędami, myślę, że najlepszym ekspertem w tej sprawie byłby językoznawca. Niemniej sama byłam zaskoczona, kiedy w arkuszu maturalnym uczeń miał za zadanie wskazać błąd językowy. Był nim… archaizm. Zwracam honor, Panie Jacku, nie wzięłam pod uwagę, że „Wielki” został napisany pod koniec lat 20. XX wieku.

        Pozostaje mi tylko podziękować za cenną krytykę – tekstu (co ważne). Cieszę się, że mój artykuł spowodował tak ciekawą, miejscami emocjonalną, dyskusję.

        Również z ukłonami
        Sonia Jatczak

        1. Szanowna Pani,

          nie chodzi o to, żeby była Pani sędzią we własnej sprawie – sędzią są tu czytelnicy – ale o to, żeby albo Pani kontrargumentowała w dyskusji, albo uznała własną pomyłkę.

          Recenzja jest oceną pracy pisarza czy tłumacza. Nad nowym wydaniem „Wielkiego Gatsby’ego” pracowało wiele osób, z czego najdłużej, jak sądzę, tłumacz i redaktor, a Pani pracę tych ludzi postanowiła – publicznie – poddać ocenie; pisze więc Pani recenzję i zadaje ważkie pytania („W którym miejscu zaczyna się granica, której tłumaczowi nie wolno przekroczyć? Czy zakres obowiązków tłumacza pozwala ingerować w oryginalny materiał językowy, a tym samym styl pisarza?”). I bardzo dobrze, to święte prawo recenzenta takie pytania zadawać i udzielać odpowiedzi – ale jeśli tak, to i od siebie musi wymagać wiele; jeśli piętnuje błędy językowe – musi je niezbicie wykazać i sprawdzić, czy faktycznie są uznawane za błędy przez fachowców; jeśli chce poruszać kwestie przekładu, musi znać język oryginału i zadać sobie trud porównania obu tekstów (tak, wiem z doświadczenia, zajmuje to mnóstwo czasu – ale proszę mi wierzyć, że nawet wówczas tłumacz poświęcił na swoją pracę znacznie więcej godzin). Tej rzetelności Pani nie dochowała.

          Dość beztrosko używa Pani w odniesieniu do tej książki – a zatem: naszej pracy – słów takich jak „ktoś przecenił własne możliwości” , „nieporadne i karkołomne zdania”, „rażące potocyzmy”, „konstrukcje zdań kompletnie niezrozumiałych”, czy wreszcie „gówno” (to, proszę Pani, owszem, jest w recenzji „rażący potocyzm”, podczas gdy „spytać”, owym „rażącym potocyzmem” NIE JEST); jeśli jednak spojrzeć na przykłady, to poza dwoma drobnymi błędami (przekręceniem Zachodu na Wschód i źle postawionym przecinkiem) przywołuje Pani jako błędy kompletnie prawidłowe konstrukcje. Na rzucone przez komentatorów „sprawdzam” potrafi Pani się bronić tylko tym, że nie wzięła Pani pod uwagę daty powstania książki. No, w sumie, któż mógłby wiedzieć, że „Wielki Gatsby”, jedna z największych powieści XX wieku, powstał w latach 20-tych? Jest to wiedza, właściwie, nieosiągalna dla zwykłego czytelnika, prawda? A tym bardziej dla recenzenta!

          Swoim tekstem oceniła Pani pracę wielu ludzi (pomijam już kuriozalne zarzuty wysuwane wobec autora, bo Fitzgeraldowi najgłupsza nawet recenzja nie zaszkodzi) i ocena ta była dokonana w sposób krzywdzący, nierzetelny i pobieżny. Jeśli w coś faktycznie uderza, to nie w nowy przekład „Wielkiego Gatsby’ego”, ale w Panią i Pani markę w świecie recenzenckim, które – jak rozumiem – próbuje Pani sobie wyrobić.

          Łączę ukłony

          Jacek Dehnel

          1. Bardzo dobry przekład Panie Jacku ale niestety proszę się nie dziwić paeudorecenzentce gdyż żyjemy w czasach gdzie łatwo zrobić stronę internetową i łatwo zostać recenzentem(pseudo) żeby się pochwalić na facebooku że jest się inteligentnym i mądrym(bo recenzenci tacy są-ale nie pseudo). Rozdrobnił nam się świat. Byle kto byle co piszę dla lansu i szerzy i daje zły przykład. Fałsz i obłuda żeby zabłyszczeć.

  9. Komentarz został usunięty ze względu na złamanie punktu 1. oraz 5. regulaminu korzystania z pola przeznaczonego na komentarze. Punkt 1. regulaminu stanowi: „Zabraniamy publikowania treści wzywających do nienawiści i dyskryminacji na tle światopoglądowym, rasowym, płciowym i in.”, punkt 5.: „Twój komentarz zostanie usunięty lub niezatwierdzony, jeśli obrażasz w nim autorów artykułów lub Czytelników”. Przypominamy, że regulamin korzystania z pola przeznaczonego na komentarze znajduje się w zakładce „Zanim dodasz”. Mariusz Rakoski

  10. Dobry Panie, Adamie.

    Rzeczywiście rozdrobnił nam się świat, kiedy tak personalne i upokarzające wycieczki można czynić w komentarzach. Zapewniam Pana, że nie jest łatwo zrobić stronę internetową, a tym bardziej pisać merytorycznie, co, z całym szacunkiem, powinien Pan wziąć do serca. A skoro wszystko takie łatwe, wszyscy byle jacy – nie ma na co czekać, tylko tworzyć nie byle jakie strony i pisać nie byle jakie recenzje.

    Z ukłonami
    MR

Dodaj komentarz