Perspektywy i niepokoje społeczeństwa informacyjnego

Jeden z najbardziej znanych i cenionych polskich medioznawców stwierdził[1], że człowiek jako istota społeczna (o czym pisał już starożytny filozof Arystoteles), a więc wchodząca w interakcje z otoczeniem-środowiskiem, nie może nie komunikować. Na swój literacki sposób ową prawdę wyraził także polski publicysta oświeceniowy Stanisław Staszic – „[…] bez towarzystwa [społeczeństwa – dop. moje] nawet pomyśleć się nie da”[2]. Dzisiaj, w XXI wieku, z biegiem kolejnych stuleci i opanowaniem przez człowieka coraz to nowszych form komunikowania (od mowy i alfabetu po telegraf, telewizję i wreszcie komputery), żyjemy w epoce Homo Communicans. 

Od 1830 roku, kiedy to wynaleziono maszynę drukarską, a prasa (w szczególności gazeta) stała się dominującym środkiem przekazu, ludzkość, jak to „się” mówi”, żyje coraz szybciej. Kolejny wynalazek zmieniał nie tylko sposób komunikowania-informowania. Media masowe, typu telewizja czy Internet, stały się narzędziem kształtowania różnorakich wzorców – narzędziem, które nie tylko informuje czy edukuje, ale także wpływa na emocje odbiorcy i modeluje nasze postawy i sądy o świecie. W tym kontekście mass media pozwalają na szybki sposób komunikacji. Przyczyniając się do dynamicznego społecznego rozwoju (zarówno w aspekcie gospodarczym, jak i kulturowym) niosą z sobą także zagrożenia, nie tylko w wymiarze indywidualnym, personalnym, ale także zbiorowym, znaczącym dla życia większych grup ludzi – społeczeństwa. Chcemy tego czy nie, każdy z nas jest elementem „społeczeństwa informacyjnego”. Niezależnie od tego, w jakim stopniu człowiek wchodzi w interakcje z otoczeniem i innymi ludźmi, funkcjonuje on w środowisku, którego klimat życia kreowany jest przez współczesne technologie i rozwój cywilizacyjny. Perspektywy, jakie otwierają się przed ludzkością (i w związku z jej rozwojem), wydają się dość przewidywalne, zgodnie z maksymą, że każdy z nas jest kowalem własnego losu, że to od człowieka zależy jego przyszłość, czy będzie ona oazą bezpieczeństwa i gwarantem dostatniego życia, czy powodem wewnętrznego niepokoju, poczucia strachu i zagrożenia. Jednak to, co najbardziej wydaje się nam oczywiste (np. że człowiek pragnie dobra), często staje się pobożnym życzeniem, a ludzkość – z różnych przyczyn – nie potrafi się zdobyć na działania, które z każdym dniem umacniałyby więzi społeczne i budowały zdrowy (idąc za myślą pozytywistyczną) organizm, gdzie każdy z nas spełnia swoje określone funkcje. W temacie pracy szczególną uwagę powinny zwrócić dwa leksemy: „społeczeństwo” oraz „niepokój”. I żeby szerzej zrozumieć istotę problemu, warto pochylić się nad dorobkiem myśli filozoficzno-humanistycznej czasów nowożytnych.

Problemy współczesnego społeczeństwa w pracach Steve’a Cuttsa. Tematem wiodącym ilustracji artysty jest obłęd ludzkości na punkcie dóbr materialnych.

Człowiek, zabrzmi banalnie, od zarania dziejów stawiał priorytetowe pytania typu: skąd pochodzimy? dokąd zmierzamy? co jest dla nas dobre? Zanim na Europę spadła ciemna kurtyna nauki teologiczno-kościelnej, kiedy to myśl (o ironio) ludzka została skoncentrowana na teocentryzmie, już w starożytności epikurejczycy sformułowali, powiedzmy, „maksymę szczęścia”. Sposobem na szczęście było nic innego, jak – po prostu – unikanie nieprzyjemności, a bliżej – cierpienia. Również Arystoteles dał odpowiedź na pytanie „jak żyć?”: receptą miał być tak zwany złoty środek, czyli filozofia umiaru między skrajnościami. W czasach nowożytnych, począwszy od odrodzenia rozumu, od renesansu, ludzka aktywność została ukierunkowana na samego człowieka. Człowiek stał się nie tylko celem samym w sobie, ale to z perspektywy (zwanej antropocentrycznej, kiedy punkt ciężkości został przesunięty z Boga na Homo sapiens) rozumu starano się odpowiedzieć na nurtujące pytania o ludzką egzystencję i jej sens. Odpowiedzi te nie zawsze napawały ludzkość optymizmem, wspomnieć choćby wnioski, do jakich doszli czołowi przedstawiciele filozofii „nowych czasów” – Thomas Hobbes i Jan Jakub Rousseau. Pierwszy z nich w swoim traktacie Lewiatan dał negatywną, pesymistyczną teorię człowieka i jego życia. Nie wchodząc w szczegóły filozofii tego angielskiego myśliciela społecznego, warto wyartykułować ważną myśl, którą można (a nawet trzeba) sprowadzić do tematu pracy: człowiek z natury swojej jest egoistą, jest zły, chcąc uniknąć konfliktu, działając na rzecz własnego bezpieczeństwa, człowiek postanowił zawrzeć tak zwaną umowę społeczną, której wykładnią jest postanowienie: „Ty nie zabijesz mnie, ja nie zabiję cię”. Innego zdania był Jan J. Rousseau, według którego człowiek z natury jest dobry (teoria „dobrego, pozytywnego dzikusa”). W stanie natury człowiek był dobry, z czasem jednak zaczął odgradzać się od innych, a wraz z pojawieniem się „prawa do własności” i „konkurencji”, człowiek zaczął z sobą rywalizować. Proces ten, zwany wyobcowaniem ze stany natury (denaturalizacją), do dziś często uznaje się za przyczyną najgorszych konfliktów na świecie. Współczesny dorobek człowieka, jego osiągnięcia z dziedziny technologii i mediów, może stać się zatem naszym – w zależności od potrzeb i tego, kim właściwie jesteśmy – przekleństwem, bowiem rozwój cywilizacyjny może (choć nie musi) nieść z sobą wiele zagrożeń.

Przekleństwem dla ludzkości stał się paradygmat pracy ponad wszystko, tak zwanej pracy u podstaw i pracy organicznej. Epoka, zwana pozytywną[3], sformułowała własną teorię na szczęście. Gwarantem poczucia bezpieczeństwa i źródłem dobrobytu miała być praca i rozwój technologiczno-przemysłowy, idealna współpraca człowieka z maszyną. W ostateczności, przede wszystkim na naszym podwórku (wspomnieć choćby negatywną ocenę „nowej epoki” w Ziemi obiecanej Władysława Reymonta) człowiek został zredukowany do elementu maszyny, a jego praca zamiast przyczynić się do wspomnianego dobrobytu, stała się zagrożeniem dla zdrowia i życia. W konsekwencji, z biegiem kolejnych lat, rozwój technologiczny i powstanie nowych mediów doprowadziły do skuteczniejszych form prowadzenia wojny – nowe nośniki komunikowania (radio czy kinematografia) spełniały nie tylko funkcję informacyjną, ale – przede wszystkim – były narzędziem do manipulowania opinią publiczną i propagowania politycznych, światopoglądowych treści.

W dobie XXI wieku, kiedy to non stop jesteśmy bombardowani informacjami, największym zagrożeniem czyhającym na współczesnego człowieka jest zanik krytycznego myślenia. Niewątpliwie coraz częściej zamiast aktywnego uczestnictwa w wydarzeniach, człowiek przyjmuje rolę biernego odbiorcy. W epoce społeczeństw informacyjnych mamy nie tylko łatwy dostęp do informacji. Słusznie zauważa Katarzyna Enerlich: „Kultura masowa (efekt funkcjonowania środków masowego przekazu) doprowadziła do uniformizacji kultury i wyobraźni społecznej. Media prezentują przecież widzowi przypadkowy, niespójny i wyrywkowy obraz świata – taki, który sobie same zaplanowały, który same sobie wykreowały. Człowiek już nie szuka tego, co go interesuje w kulturze, ale wybiera odpowiednio zareklamowany produkt kulturalny”[4]. Współczesny człowiek powinien zdać sobie sprawę, że każde medium propaguje własną wizję świata i człowieka; posiada – w zależności od poglądów i interesów – własną linię programową, i aby dopiąć swego stosuje różne techniki manipulacyjno-perswazyjne. Angielski krytyk kulturalny Matthew Arnold stwierdził zaś, że wielu ludzi „[…] usiłuje dostarczyć masom – jak je nazywają – intelektualnej pożywki przyrządzonej i spreparowanej w sposób, który uważają za odpowiadający ich aktualnej sytuacji. Jeden z przykładów takiego oddziaływania na masy stanowi pospolita literatura popularna. Wielu ludzi zabiega o indoktrynację mas za pomocą wyobrażeń i sądów, stanowiących credo ich własnej religii lub partii. Nasze organizacje religijne i polityczne dostarczają przykładu takiego działania na masy”[5]. W obliczu tak funkcjonującego społeczeństwa – społeczeństwa informacyjnego – etycznym, żeby nie powiedzieć moralnym obowiązkiem człowieka powinna być szeroko rozumiana czujność. Jest ona sztuką, której każdy z nas może się nauczyć przez aktywne uczestnictwo w procesach społeczno-kulturowych. Nie jest to droga łatwa i nie zaczyna się (chociaż lepiej później niż… później) na etapie „dorosłego”. Znaczącą rolę w wypracowaniu zdolności krytycznych i umiejętności odróżnienia fałszu od prawdy odgrywają – na etapie dziecięcym – rodzice, najbliższe otoczenie i szkoła. Jeśli w młodości człowiek nie wyrobi w sobie tak zwanego nawyku czytania, to w kolejnych etapach swojego życia może stać się łatwym podmiotem (żeby nie powiedzieć przedmiotem) do sterowania przez mass media. Perspektywa nadchodzących lat nie może – niestety – napawać optymizmem. Media – w szczególności Internet: portale społecznościowe, komunikatory czy czaty – sprawiają, że żyjemy coraz szybciej. Komunikację interpersonalną zastępuje komunikacja online. I dotyczy to nie tylko relacji międzyludzkich w kontekście życia towarzysko-prywatnego, ale także (lub przede wszystkim) odnosi się do pracy. Rozwój technologiczny i możliwość szybkiego komunikowania (szybkiej wymiany informacji) miał przyczynić się do zredukowania czasu pracy. Mieliśmy sen, że tak wygospodarowany czas spędzimy z rodziną czy znajomymi. Nic bardziej mylnego. Odmieniany przez wszystkie przypadki „rozwój” spowodował, że żyjemy coraz szybciej i staramy się nadążyć za „maszyną”. Trafną diagnozę społeczeństwa informacyjnego sformułował Peter Fleming. Zdaniem profesora „[…] automatyzacja i rozwój techniki doprowadziły do fundamentalnej zmiany samej natury pracy: komputery i roboty mogą być online dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale człowiek już nie. A jednak zmusza się nas do nieustannej dyspozycyjności. Cienka linia między pracą i wypoczynkiem zanika, a praca pożera nasze życia”[6]. Pożera do tego stopnia, że – przez ciągły stres i brak czasu na przyjemności – czujemy się wypaleni. Stajemy się apatyczni i niezdolni do podejmowania jakichkolwiek decyzji. Praca traci dla nas sens. Życie traci sens. W konsekwencji kończymy jak facet z Deutsche Banku, który pewnego dnia w 2009 roku postanowił ubrać się najlepszy garnitur, wypić drogiego szampana i skoczyć z dachu ulubionej francuskiej restauracji. Brak krytycznego myślenia może zatem nie tylko doprowadzić do ubezwłasnowolnienia indywidualnej integralności. Całkowite oddanie się mechanizmom społeczeństwa informacyjnego – by wyrobić pewien dochód – może doprowadzić do stresu, depresji, w ostateczności do śmierci samobójczej.

Rozwój społeczeństwa informacyjnego, w którym szybka wymiana informacji staje się kluczowym elementem społeczno-ekonomicznej działalności i zmian[7], wiąże się także z filozoficznym konfliktem „posiadania” i „bycia”: „Ponieważ społeczeństwo, w którym żyjemy, owładnięte jest pragnieniem nabywania własności i opanowane głodem zysku, przeto rzadko udaje się nam dostrzec świadectwo egzystencjalnego modus bycia, a większość ludzi postrzega modus posiadania jako najbardziej naturalny sposób urzeczywistnienia egzystencji czy też wręcz jako jedyny akceptowalny sposób życia”[8] – stwierdził Erich Fromm. W społeczeństwie informacyjnym media (w szczególności komercyjne) propagują materialistyczno-konsumpcyjny model życia i forsują właściwe (we własnym i czyimś interesie, najczęściej wielkich korporacji) normy zachowania. W takim społeczeństwie wyłania się nowe zjawisko – zjawisko finansjalizacji, które prowadzi do destrukcji elementarnych więzi, promuje cynizm i cwaniactwo, a pierwsze skrzypce w stosunkach spleconych odgrywa pieniądz, a gdy „[…] w grę wchodzą pieniądze łamane są, niestety, wszelkie normy”[9], a z człowieka wychodzą najgorsze uśpione demony.

Przed współczesnym społeczeństwem otworzyły się zatem różne możliwości. Nie możemy popaść w skrajność i definitywnie stwierdzić, że dzisiejszy człowiek, tak wysoce zinformatyzowany, zmierza tylko do samozagłady. Rozwiązanie problemu – lub uniknięcie potencjalnych zagrożeń i nieprzyjemności wynikających z nałogowego i, powiedzmy, stadnego korzystania z mass mediów – leży w każdym z nas. W dobie zaniku krytycznego myślenia, wywyższenia kategorii posiadania nad byciem, stadnych zachowań i wywierania wpływu na ludzi (zgodnie z zasadą społecznego dowodu słuszności – Wszyscy mają Mambę! Mam j ja!) człowiekowi trudno jest samodzielnie stanowić o własnym losie i jakości własnego życia. Torpedowani non stop przez media i zamanipulowane informacje często tracimy grunt pod nogami, rozmywa się nam właściwy ogląd rzeczywistości i w zależności od interesu (egoistycznego) relatywizujemy podstawowe kategorie dobra i zła (a granica między nimi nie powinna być tak łatwo przesuwana, mówiąc wprost – powinniśmy wiedzieć co jest, a co nie jest dobre). Receptą na dobre życie jest wspomniana wcześniej „czujność” oraz starożytna zasada złotego środka – umiaru.

Teraźniejszość jest zdecydowanie cyfrowa. Każdy z nas, lub prawie każdy, posiada telefon komórkowy, mamy nieograniczony i swobodny dostęp do informacji (tu ważne, by selektywnie, instrumentalnie i krytycznie czytać, a z tym Polacy mają problem[10]), prowadzimy szybką i – niestety – niestaranną komunikację przez dostępne aplikacje (np. Messenger, WhatsApp czy Snapchat). Osiągnięcia z dziedziny technologii i mediów elektronicznych można by uznać niewątpliwie za geniusz ludzkiego intelektu. Sprawna, szybka komunikacja nie powinna jednak zagrażać interpersonalnym relacjom (co innego oczywiście możliwość porozumiewania się dzięki sieci z ludźmi odległymi o setki tysięcy kilometrów) i zastępować człowiekowi realnego życia.

Świat wirtualny daje nie tylko możliwości szybkiego kontaktu i wymiany informacji. Każdy z nas może dzisiaj zabrać głos w danej sprawie w panelach dyskusyjnych czy specjalnych polach przeznaczonych na komentarze. Możemy również założyć własną stronę internetową i dążyć do samorealizacji, spełniać swoje potrzeby i marzenia, poszerzać horyzonty myślowe, zdobywać nową wiedzę i pracować nad rozwijaniem umiejętności. Jednak realizacja pragnień niekoniecznie idzie w parze z tym, co dobre. Wręcz przeciwnie. Za pomocą mass mediów możemy nie tylko manipulować, fałszować i zdobywać władzę. Internet staje się coraz częściej narzędziem w rękach „złych pragnień” – narzędziem, dzięki któremu anonimowo możemy kogoś (zupełnie przypadkowego, nie tylko znienawidzonego znajomego czy celebrytę) zranić, poniżyć i zdehumanizować. W rękach władzy zaś Internet staje się łatwym sposobem na prowadzenie walki z przeciwnikiem politycznym lub, po prostu, z „niewygodnym elementem”. Szczególnie dzisiaj, w imię bezpieczeństwa przed zagrożeniem terrorystycznym, siec otwiera drogę do inwigilacji obywatela, a tym samym ograniczenia podstawowych swobód obywatelskich i niezbywalnego prawa do prywatności.  

Cyberprzemoc, tak zwana agresja elektroniczna, dotyka nie tylko jednostki. W niewłaściwych rękach współczesne technologie mogą niszczyć całe grupy i społeczeństwa.  Ataki hakerskie na systemy i sieci komputerowe mogą w konsekwencji sparaliżować funkcjonowanie całych społeczeństw. „Wyciekiem” informacji do opinii publicznej można skompromitować i zrujnować karierę znaczącego polityka. Mając dostęp do sieci haker może doprowadzić do bankructwa wielkich firm (co przekłada się na gospodarkę kraju), wspomnieć choćby ostatni atak na Renualta, którego komputery zostały zainfekowane wirusem, co w konsekwencji doprowadziło do wstrzymania produkcji.

Trudno prognozować przyszłość społeczeństwa informacyjnego. Mass media niosą z sobą tyleż samo szans, co zagrożeń. W zależności o tego kim jesteśmy (pozytywnymi dzikusami czy egoistami walczącymi o najwyższą pozycję w hierarchii społecznej) i naszych pragnień los naszej cywilizacji jest w naszych rękach. Bogatsi o doświadczenie z ostatnich kilkudziesięciu lat powinniśmy podjąć dobrą decyzję…

Natalia Bendyk  

[1] Zob.: Goban-Klas T., Media i komunikowanie masowe, Wydaw. PWN, Warszawa-Kraków 1999.

[2] Enerlich K., Czy panujemy nad mediami? www.epr.pl (dostęp z 12.06.2017 r.).

[3] Nazwa epoki – pozytywizm – leży u korzeni filozofii Augusta Comte’a – Kurs filozofii pozytywnej. Twierdził on, że rozwój człowieka jest nieunikniony i przebiega według schematu: etap religijny, etap metafizyczny i etap pozytywny. Zob.: Gogacz A., Antropologia kulturowa, skrypt, www.gogacz.eu (dostęp z 12.06.2017 r.).

[4] Enerlich K., Czy panujemy nad mediami?, tamże.

[5] Arnold M., Kultura i anarchia, Londyn 1889 r. Cytat za: Enerlich K., Czy panujemy nad mediami?, tamże.

[6] Fiala J., Witamy w świecie żywych trupów, przeł. Jakub Dymek, „Krytyka Polityczna”, Warszawa 2017, nr 45, s. 65.

[7] Taką definicję społeczeństwa informacyjnego podaje M. Casey.

[8] Fromm E., Mieć czy być, tłum. Jan Karłowski, Wydaw. REBIS, Poznań 2005, s. 71.

[9] Chomątowska B., Życie pod kreską, „Znak”, Kraków 2015, nr 721/06, s. 25.

[10] Według ostatniego badania Biblioteki Narodowej aż 63 procent Polaków nie przeczytało w ubiegłym roku żadnej książki.

Fotografia wyróżniająca nad tytułem: Steve Cutts, animator i ilustrator z Londynu. W swojej sztuce skupia się nad problemami współczesnego społeczeństwa. 

Dodaj komentarz