Nić porozumienia – między coachingiem a twardym piórem

Spośród mrowia mniej i więcej adekwatnych definicji, idąc za myślą Einsteina, sformułujmy coś prostego, lecz nie prostackiego. Uznajmy zatem coaching za proces doskonalenia swoich kompetencji, swoich mocnych stron, a przez to swojego „ja”.

„Wszystko, co można pomyśleć, można też powiedzieć, a czego nie można pomyśleć, o tym należy milczeć” – napisał niegdyś gigant myśli analitycznej, Ludwig Wittgenstein; i jest to, paradoksalnie, nemezis dzisiejszego paradygmatu coachingu. Kwestia przekazu, proponowana przez austriackiego logika, uwypukla istotne kwestie metodologiczne, które stają ością w gardle środowiskom akademickim. Mowa o rozmytej metodologii, o niejakiej metanauce i jej metajęzyku, wreszcie o coachu dobrym na wszystko. Odczuwalny dysonans między wspomnianym środowiskiem twardego pióra a środowiskiem wszelkiej maści trenerów można, z dowcipnym mrugnięciem oka, sprowadzić do zarzutu tych pierwszych, że bez znajomości założeń Traktatu o dobrej robocie Kotarbińskiego nie ma mowy o szacunku dla coacha. Jest w tym jednak przebiegły chichot historii. Jeśli dociekliwy czytelnik cofnie się do czasów jednego z ojców współczesnej teorii nauk, Augusta Comte’a, ba, nawet do samego Arystotelesa, wtedy odkryje, że żadna systematyzacja nauk nie rozwijała się płynnie, lecz najpierw musiało nastąpić zderzenie paradygmatów na miarę przewrotu kopernikańskiego.

Artykuł ten jest próbą nawiązania dialogu. Próbą weryfikacji i wyklarowania pragmatycznych kierunków coachingu, przy zachowaniu zrozumiałej metody i jak największego dystansu do sztucznej nowomowy. Pierwowzór coachingu przywodzi na myśl taoistyczny symbol lustra, jego najlepszą znaną mi personifikacją jest natomiast postać szamana z Castanady. Coaching to hellenistyczne postawienie pytania o myślenie, nie tyle płytkie definiowanie, co rozszerzenie jego zasięgu w rzeczywistym czasie i przestrzeni. To z całą pewnością filozofia zdziwienia, która w niemy sposób wskazuje, że wciąż jeszcze można się nad czymś zastanowić, wciąż zadać niebanalne pytanie. Jest to wciąż to samo antyczne pytanie dia ti?dlaczego? Stąd pierwsza nić, którą należy zawiązać między nową a starą szkołą. Gdyby trenerzy i twórcy coachingu znali filozofię antyczną, nie tworzono by go od nowa, a mielibyśmy raczej do czynienia z nowymi sokratejczykami. Problem coachingu polega jednak na tym, że nie jest on ani znanym treningiem, ani mentoringiem, ani też terapią. Nasz świat opiera się na kodzie matematycznym, widocznym w każdej z akcji naszych przeglądarek, w sposobie wynagradzania życiowych sukcesów, a nawet w statystycznej kalkulacji stopnia inteligencji. Coaching natomiast, w zmatematyzowanym świecie, proponuje nieprzeliczalne zadanie. Stawia on bowiem człowieka w niezaszufladkowanej perspektywie, gdzie rozwiązanie jego problemów i odszukanie wyjaśnień jest wszędzie i nigdzie. Istotą takiego stanu rzeczy jest dostrzeżenie człowieka w ujęciu komplementarnym, bez podziału na to, co prywatne i to, co zawodowe. Podejście takie nie było wcześniej obce filozofii i psychologii, jednak dziś, w dobie, gdzie pokolenie cudu lat dziewięćdziesiątych leży odłogiem na psychiatrycznych kozetkach, musiało zabrzmieć w nowy sposób. Zakreślając swą metodologię równolegle do tautologii praw nauki, filozofia coachingu posunęła się w pewnym momencie na płaszczyznę jakoby pozawyznaniową, zyskując tym samym na autorytarności. Czyniąc jednak klienta jedynym decydentem dynamiki tego procesu, z łatwością przypinamy mu łatkę człowieka zunifikowanego, swoistego „everymana”, wtłaczając go w zębate koła zamachowe, quasi-tajemnych praktyk pracy z coachem. Trzeba jednak pamiętać, że wola decyzyjna klienta nie jest najważniejszą siłą napędową w filozofii coachingu. Tutaj powstaje kolejna nić splatająca nauki klasyczne z filozofią coachingu.

Na potrzeby antropologii filozoficznej swego czasu odkopano pojęcie „homo religiosus” – istoty religijnej (być może trafniejsze byłoby jednak określenie „istota kultowa”). Trafnie zauważono, że tak jak podczas komunikacji z zaufanym przyjacielem, tak i podczas nawiązywania relacji z coachem, obie strony dążą do empirycznej projekcji, porozumienia oraz wspólnego toposu. Pokutujące założenie, że coach powinien być empatyczny, a zarazem patrzył z niezbędnym dystansem w stronę klienta, zatraca podstawową cechę funkcjonowania człowieka jako istoty kultywującej rytuał. Czy rytuałem tym jest wspólne śniadanie, czy droga do pracy, czy w końcu wzajemne pokiwanie głową, potwierdzające zrozumienie, nie wolno zapomnieć, że to fizyczne uczestniczenie w polu semantycznym sprawia, że klient rozumie pytanie, następnie myśli i tworzy sensowną dla siebie odpowiedź. Coach zakłada ogólną ludzką płaszczyznę porozumienia, na gruncie której dochodzi do spotkania. Jednak zdaje się intuicyjnym fakt, iż trudniej dojdzie do niego przy zachowaniu dystansu jednej ze stron, jest bowiem różnica między zachowaniem zdroworozsądkowego sceptycyzmu a bezpieczną pozycją eksperta. W starożytnej Grecji ukuto pojęcie atomai, którego mniej znane tłumaczenie rozdzielać implikuje podstawowy proces poznawania przez ludzki mózg. Człowiek poznaje poprzez rozróżnienie, kategoryzując i nazywając zjawiska i desygnaty. Coaching natomiast rozróżnia – wg własnego paradygmatu – lecz nie chce rozdzielać. Tworzy – stojąc nawet w pewnym stopniu w opozycji do definiowania – pojęcia zamiast kontekstów, przybierając niekiedy formę swoistego panteizmu. W tym punkcie tli się wciąż pewien stan zapalny, między zwolennikami nauk klasycznych „opiekujących się” człowiekiem a ewolucjonistami myśli i metodologii samodoskonalenia. Ci pierwsi bowiem kurczowo trzymają się wersji, wedle której uczenie się jest darem wrodzonym, tym samym optymistycznie i z nadzieją dopingują samodzielnej jednostce. Drudzy z kolei starają się dogonić epokę, uwzględniając komplementarną wizję człowieka i dając mu nowe potężne narzędzie – potencjał umysłu zbiorowego. Tajemnicą poliszynela jest, dlaczego ten dysonans utrzymuje się, a miejscami nawet przybiera na sile, skoro obie strony deklarują ten sam cel: służyć człowiekowi jak najlepiej. 

Podana analiza coachingu sprowadza się więc do kilku kwestii. Nie ma obiektywnego spojrzenia na coaching, tak samo, jak nie ma obiektywnie przeprowadzonego coachingu. Nie ma jednego i tego samego coacha, nie ma jednego beneficjenta. Subiektywizm to jednak połowicznie zaprzeczenie teorii coacha jako lustra zadającego jedynie pytania. Subiektywizm coachingu to jego kompetencja, to również przekonanie o kompetencji coacha, tworząca się w trakcie relacji nadzieja na to, iż nie jest on tylko pustym lustrem. Klient nie rozmawiał z robotem zadającym pytania, nie przechodził, tym bardziej, testu Turinga mierzącego poziom świadomości. Funkcja fatyczna mowy jest ostatnią, o którą powinniśmy się troszczyć w toku spotkania klient – coach. Istotą zawiązania relacji jest pewność, że „coach sam przeżył”, założenie, że coach doświadczył podobnego i tym samym wie, czy może pomóc poprzez zadanie odpowiedniego pytania. Relacja partnerska nie może gładko nawiązywać się z kimś, kto zachowuje arbitralny spokój obserwatora. Wynika stąd pewien kolejny wniosek. Coaching nie może być definiowany i rozumiany na zasadzie wskazań: czym jest? lub jeszcze gorzej: co jest coachingiem? Jedna z popularnych w literaturze tematu skal makro określa to w myśl następującej zasady: „życie jest coachingiem, wszystko jest coachingiem”. Przypomina to jedną z najczarniejszych, obok „nie wiem, że nie wiem”, stron filozofowania, mianowicie bełkotliwe tworzenie nowomowy. Dzieje się to poprzez nadmierne łatanie ciągów myślowych „-izmami”, przenośniami oraz nadmiernymi wyobrażeniami. Swego czasu francuski dekonstrukcjonista Derrida pisał: „wszystko jest tekstem”, gdzie ów tekst rozumiany był jako fantomowy nośnik wszechrzeczy, prazasad. Od tej pory jeden z utrzymujących się nurtów coachingu przemyca ideę, niekiedy komunikując ją całkiem otwarcie, jakoby coaching faktycznie był wszędzie i wszystkim. Tutaj natomiast zbyt blisko mu do psychiatrii, która niechlubnie dała się zapisać jako poszukująca „źle zdiagnozowanych”, w myśl zasady CIA – „haka znajdziemy na każdego”.

Zdajemy sobie sprawę z faktu posiadania prawa do wątpliwości, nie oznacza to jednak, że wszelkie działania, jakie podejmujemy świadomie bądź nieświadomie, posłużyć mają za wspomniany punkt do zdziwienia, zastanowienia się nad sobą. Szukając subiektywnie genealogicznego punktu zaczepienia, z jednej strony wskazujemy początki NLP, a dalej Eriksona i empatyczne podejście do pacjenta. Ukłonem w stronę starej szkoły jest ostatnia nić, z sukcesem wiązana przez coachów. Nic bowiem nie stoi na przeszkodzie, by i dziś znaleźć się w starożytnej Grecji, podróżując uliczkami Aten z Sokratesem, słuchając, jak metodą majeutyczną zmusza do narodzenia się wiedzy. Tam też najpewniej należy szukać akredytacji. 

Mirosław Bednarski: Absolwent filozofii Pomorskiej Akademii Pedagogicznej, komunikacji społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego oraz filologii angielskiej Uniwersytetu Adama Mickiewicza. Doktorant Uniwersytetu Szczecińskiego w zakresie coachingu i samorozwoju. Tłumacz angielskiego, nauczyciel i wykładowca. Autor licznych artykułów z zakresu psychologii, kulturoznawstwa oraz negocjacji.  

[Grafika wyróżniająca nad tytułem: zasoby internetowe]

Dodaj komentarz