Kilka uwag o filmie W. Smarzowskiego [POLEMIKA]

„Wołyń”. Plakat promujący film. Fot.: materiały prasowe.

„Wołyń”. Plakat promujący film. Fot.: materiały prasowe.

Wołyń jest filmem artystycznie dobrym, ale z drugiej strony, pod względem społecznym i politycznym, niebezpiecznym. Reżyser filmu, Wojciech Smarzowski, jeszcze przed premierą filmu zapewniał, że jego obrazowa interpretacja rzezi wołyńskiej nie będzie wbijać klina w napięte relacje polsko-ukraińskie. Wołyń miał być ważnym głosem w sprawie ludobójstwa, jakiego dokonali ukraińscy nacjonaliści na obywatelach polskich w okręgu wołyńskim w latach 1939-1944; miał być również krokiem w kierunku sąsiedzkiego pojednania, próbą nazwania i zrozumienia fali zła. I w końcu, przedstawione wydarzenia mają przed tym złem przestrzegać. Wołyń spotkał się, co wcale nie jest zaskoczeniem, z entuzjastycznym przyjęciem prawicowych publicystów (i lepiej dalej nie wchodzić w ten las, bo tylko ciemniej i groźniej) – bowiem „w końcu” (co nie jest prawdą) mamy polski film opisujący prawdę, o której nie mówiło się nie tylko w peerelu, ale także w wolnej, demokratycznej III Rzeczypospolitej. W tak delikatnej sprawie warto jednak sięgnąć po rozsądek, a z recepcją filmu należy postępować, o czym mówił profesor Andrzej Zybertowicz[1], jak z jajkiem, bowiem, po pierwsze, Wołyń nie może być traktowany jak rozdział w podręczniku do historii, po drugie, wolałbym, żeby o faktach, o historii wypowiadali się naukowcy i historycy (reżyserowi, artyście przysługuje prawo do interpretacji i własnych wizji – i z takiej możliwości skorzystał Smarzowski), po trzecie, Wołyń niewątpliwie zaboli każdego (mnie zabolał), jednak zamiast autentycznego oczyszczenia widz może wynieść z kina nienawiść lub, optymistycznej, niechęć do wschodniego sąsiada: Smarzowski wprowadził masakrę wołyńską na wielki ekran, tym samym włączył tak drastyczny temat w popkulturę i, przede wszystkim, przeniósł „lekcję historii” z poziomu salonowego, politycznego dialogu do ludu, tam, gdzie pierwsze skrzypce grają emocje, a w przypadku braku wystarczającej wiedzy – stereotypy, resentymenty i uprzedzenia.

Wołyń trafi pod strzechy Polaków – nawet jeśli Kowalski nie wybierze się do kina, wcześniej czy później obejrzy film albo w Internecie, albo w ogólnodostępnej telewizji. Tym samym Smarzowski wypełni swoją misję: celem filmu ma być nie tylko próba pojednania, ale ocalenie Kresowiaków przed zapomnieniem, o czym informuje napis otwierający film, że Polacy zginęli dwa razy: raz od siekier, kos, wideł i etc., a potem od niepamięci i milczenia na temat wołyńskiej gehenny, a pojednania i zrozumienia wzajemnych słabości, zdaje się moralizować reżyser, nie można budować na podstawie wypierania bolesnej prawdy. Wszystko się zgadza, pamięć jest nie tylko świadectwem szacunku i historycznej świadomości, ale pozwala w przyszłości uniknąć podobnych błędów, a tym samym staje się ważnym elementem budowania nowej cywilizacji uśmiechu. Smarzowski zapewnia: „Ten film jest wymierzony przeciwko skrajnemu nacjonalizmowi. Zrobiony z dużą wiarą w człowieka. Wierzę w widza i wierzę, że ludzi, którzy zechcą wykorzystać film wbrew jego przesłaniu, będzie mniej albo nie będzie ich wcale”[2]. W słowa reżysera nie muszę wierzyć, jego intencje weryfikuje Wołyń, który – mimo epatowania krwią – skłania do krytycznego myślenia i refleksji o zawiłych polsko-ukraińskich relacjach. Nie wierzę jednak w widza, tym bardziej w dobie wzrastającej fali „-izmów”, uprzedzeń, wypełzających na ulice zakapturzonych postaci z kijami bejsbolowymi i maczetami. Nie wierzę w widza, który „daje po pysku” za kolor skóry, za język czy opcję polityczną. Nie sposób również zrozumieć – a nie wierzę, że Smarzowski po raz pierwszy usłyszał o rzezi wołyńskiej po wydaniu zbioru opowiadań Nienawiść Stanisława Srokowskiego, które stały się scenariuszową inspiracją filmu –  słów reżysera: „Nie można budować pojednania na tym, że prawdę się zamiata pod dywan”[3]. To tak, jakby powiedzieć, że w wolnej Polsce nie mówiło się i nie pisało o wydarzeniach wołyńskich, co nie jest prawdą. Jeśli ktoś chciał, to mógł czytać o Wołyniu nie tylko w bibliotekach, ale i prasie, na łamach której pojawiały się dyskusje przed każdą kolejną rocznicą wydarzeń z 1943 roku. (Do jednej z najważniejszych prac na ten temat należy Terror ukraiński i zbrodnie przeciwko ludzkości dokonane przez OUN-UPA na ludności polskiej Wołynia 1939-1945 Ewy Siemaszko z 1998 roku). Rzeź wołyńska nie pozostała tylko w murach akademickich. Weszła także w nurt literatury popularnej, czego przykładem są wspomniane opowiadania Stanisława Srokowskiego czy powieść Zasypie wszystko, zawieje… Włodzimierza Odojewskiego. Twierdzenie zatem, że kwestię wołyńską starano się zamieść pod dywan jest, delikatnie mówiąc, manipulacją.

Wyolbrzymień – tych semantycznych, artystycznych i historycznych – nie ustrzegł się Smarzowski w Wołyniu. Scena, w której pop poświęca w świątyni narzędzia zbrodni nacjonalistów i wygłasza gorliwe, pełne nienawiści kazanie o „Lachach” stanie się elementem historii i prawdą w polskich głowach. Paweł Smoleński na łamach „Gazety Wyborczej” przekonuje, że scena jest zmyśleniem i legendą, twierdzi: „Nie ma żadnego świadectwa z tzw. pierwszej ręki, że coś takiego się działo, tak jak na Wołyniu nie było greckokatolickich świątyń”[4]. Ale i publicysta mija się z prawdą. Wprawdzie Smarzowski zdemonizował sekwencję święcenia i wpisał w codzienny rytuał religijny (odbiorca, nieświadomy faktów, przyjmie scenę za codzienność, a nie jednostkowy przypadek), to historia zna jedno podobne udokumentowane wydarzenie. Rzecz miała miejsce 28 sierpnia 1943 r. we wsi Sztuń, z tą jednak różnicą, że święcenia noży, siekier i etc. dokonał prawosławny duchowny (prawdą pozostaje, że w okręgu wołyńskim nie było greckokatolickich świątyń). O wydarzeniu napisał m.in. Wiktor Poliszczuk, prawnik i politolog, doktor nauk społecznych. W opracowaniu Gorzka prawda – cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa naukowiec zbadał również rolę Cerkwi prawosławnej i Cerkwi greckokatolickiej w zagładzie Polaków na Wołyniu. Okazuje się, że w Listach pasterskich, pisanych przez arcybiskupa Andrzeja Szeptyckiego i odczytywanych w prawosławnych cerkwiach w 1943 r., nie było słowa o zbrodniach dokonywanych na obywatelach polskich (taki głos sprzeciwu wystąpił wobec zbrodni dokonywanych przez nacjonalistów na Żydach); stąd wyłania się interpretacyjna, ale jednak bliska prawdy teza – nie było wyraźnego sprzeciwu Cerkwi wobec zbrodni na Polakach (w filmie Wołyń taki głos sprzeciwu słyszymy, tajemnicą pozostaje, z jakich źródeł korzystał reżyser).

Dyskusyjną kwestią jest również sławny „dekalog” ukraińskiego nacjonalisty, przysięga UPA, która hula w internecie (nie czas i miejsce na językowe analizy i interpretacje). Wymowną ciekawostką pozostaje, że pierwsze wydanie dekalogu ukraińskich nacjonalistów zostało wydrukowane w pracowni oo. bazylianów we współpracy z ukraińskimi duchownymi. Zwierzchnicy obu Cerkwi (Fiłaret i Światosław) dopiero u progu 70. rocznicy rzezi wołyńskiej napisali „Przebaczamy [proszę zwrócić uwagę na kolejność sformułowania] i prosimy o przebaczenie”, określając masakrę „polsko-ukraińskim konfliktem”. Dekalog (dziesięcioro przykazań nacjonalisty ukraińskiego) został napisany przez Stepana Łenkawśkoho (pl. Łenkawskiego), zaś autorem jego motta jest Dmytro Doncow.

DZIESIĘCIORO PRZYKAZAŃ NACJONALISTY UKRAIŃSKIEGO

1. Zdobędziesz państwo ukraińskie albo zginiesz walcząc o nie. 2. Nie pozwolisz nikomu plamić sławy ani czci Twego Narodu. 3. Pamiętaj o wielkich dniach naszej walki wyzwoleńczej. 4. Bądź dumny z tego, że jesteś spadkobiercą walki o chwałę Trójzęba Włodzimierzowego. 5. Pomścij śmierć wielkich bojowników. 6. O sprawie (organizacji i walki) nie rozmawiaj, z kim można, ale z tym, z kim trzeba. 7. Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy. 8. Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmował wroga twego narodu. 9. Ani prośby, ani groźby, ani tortury, ani widmo śmierci nie zmuszą Cię do ujawnienia tajemnic. 10. Będziesz dążył do rozszerzenia siły, sławy, bogactwa i obszaru państwa ukraińskiego nawet drogą ujarzmienia cudzoziemców. (Źródło: Filar Władysław, „Wydarzenie wołyńskie 1939-1944. W poszukiwaniu odpowiedzi na trudne pytania”, Wydaw. Adam Marszałek, Toruń 2008, s. 85).

O zasadności i funkcji wprowadzenia hiperbolicznych scen różnych sposobów mordowania Polaków można się spierać i prowadzić dyskusje – jeśli zamiarem reżysera było wstrząsnąć widzem (gra na emocjach), to z pewnością nikt nie patrzył na naturalistyczne sceny (np. obdzierania ze skóry czy rozrywania ciał za pomocą lin przywiązanych do koni) z obojętnością. Wręcz przeciwnie. Zakrywał oczy, nie wierząc, że człowiek jest zdolny do takiego bestialstwa. Pozostaje tylko pytanie: ile po seansie filmu widz wyniesie antycznego oczyszczenia, refleksji o pojednaniu i trudnych relacjach polsko-ukraińskich, a ile niechęci, żeby nie powiedzieć nienawiści do sąsiada. W tym punkcie pozostaje wspomniana „wiara w człowieka”, a człowiek, przynajmniej teoretycznie, to uspołecznione, ucywilizowane zwierzę, które potrafi krytycznie myśleć, analizować i wyciągać wnioski; zwierzę, które zdolne jest do współczucia, empatii oraz innych wyższych uczuć. Wołyń może, a nawet powinien, skłaniać do uniwersalnych refleksji o kondycji człowieka XX wieku: powinniśmy pogodzić się z myślą (żeby nie powiedzieć prawdą) o plastycznej naturze i niestabilnym kręgosłupie moralnym naszego gatunku. Świetnie tę prawdę wyraził w powieści Brat bies Marek Weiss: „Ludzie nie mogli się pogodzić z tym, że każdy jest potencjalnym zbrodniarzem wojennym, tylko trzeba mu stworzyć odpowiednie warunki rozwoju”[5]. Zagadnienie zła nie jest obce myśli humanistycznej, przykładem niech będzie także klasyk Jądro ciemności Josepha Conrada: niezależnie od długości i szerokości geograficznej, koloru skóry czy wyznawanej religii mamy wspólną naturę, w której drzemie tytułowe jądro ciemności. Nie mniej gorzkich rozważań dał Thomas Hobbes (XVII w.) i w kontekście m.in. jego teorii można szukać odpowiedzi, dlaczego Ukraińcy zgotowali tak okrutny los swoim polskim sąsiadom (historycznie dyskusyjną pozostaje bezmyślnie powtarzana „prawda”, że Polacy i Ukraińcy od wieków żyli obok siebie w zgodzie i wzajemnym szacunku). Filozofia Hobbesa konstytuuje się wobec myśli Barucha Spinozy (XVII): „[…] silny słabego przemaga i taka jest Prawo Boże”[6]. Inaczej traktował angielski myśliciel społeczny – jego zdaniem każdy człowiek z natury jest równy, a jeśli nie jest, to za równego się uważa: „Nikt nie chce zrezygnować z tej równości, a przez to i z nadziei na posiadanie. Nadzieja jest rozdzielana po równo; w stanie rzeczy trwa wojna wszystkich ze wszystkimi, a ludzie odnoszą się do siebie nawzajem z nieufnością„[7]. Bez odpowiedniego zaplecza humanistycznego oraz wiedzy historycznej Wołyń pozostanie jedynie krwawym widowiskiem, nie mniej emocjonalnym (a pod względem efektów specjalnych dobrze zrobionym materiałem dorównującym hollywoodzkim produkcjom), co wiele innych filmów historycznych i wojennych.

ZWIASTUN FILMU 

Szukając historycznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego ukraińscy nacjonaliści – banderowcy, upowcy i esbiści – zgotowali piekło polskim obywatelom, można również sięgnąć po wspomniany zbiór opowiadań Nienawiść Stanisława Srokowskiego, na kanwie których powstał scenariusz (w filmie występują m.in. te same postacie czy zdarzenia). W opowiadaniu Listy tak swoje działanie uzasadnia banderowiec: „Bo widzi pan […] Polacy dbają o swoje dzieci, uczą je, kształcą, a nasze ukraińskie dzieci z trudem dostają się na uniwersytety. Jakoś nie możemy przebić się do szkół, do teatrów, akademii. A też chcielibyśmy mieć swoich lekarzy, nauczycieli, pisarzy, uczonych, inżynierów. […] A wasza władza zaniedbała nasze dzieci”[8]. W tym momencie należałoby przyjrzeć się mrocznym polsko-ukraińskim relacjom, przynajmniej tym z początku lat 20. XX wieku (uogólniając: zagadnieniu polonizacji Ukraińców, kiedy to Polacy – ironicznie określani i w filmie, i w książce „panami” – niszczyli m.in. świątynie i zamykali szkoły, gwałcili i mordowali). Nie bez znaczenia pozostają lata wzajemnych krzywd oraz sytuacja geopolityczna, w jakiej znaleźli się Polacy i Ukraińcy po I wojnie światowej – należy przy tym zwrócić uwagę, że rozwój ukraińskiego nacjonalizmu był odpowiedzią m.in. na upadek własnej państwowości oraz na coraz bardziej popularne w Europie idee faszystowskie. Nasi sąsiedzi nie mogli się również pogodzić, że na mocy traktatu ryskiego z 18 marca 1921 roku tereny Wołynia i Galicji Wschodniej przypadły Polsce.

Film Wołyń jest filmem ważnym i potrzebnym – nie podzielam opinii, że może nie ten czas, że może „jutro”, bo dzisiaj żyjemy w obliczu wznoszącej fali nacjonalizmu. Nigdy nie jest za wcześnie, by temu złu się przeciwstawić, z jednym zastrzeżeniem. Mimo że Wołyń włączył się – chcąc nie chcąc – w kulturę masową, to nie jest filmem, który przynosi pocieszenie i rozrywkę. Może zaś być oczyszczeniem, skłaniać do ważnych refleksji i pracować na rzecz sąsiedzkiego pojednania. To praca, którą my, ludzie, jesteśmy winni wszystkim ofiarom, dlatego największa odpowiedzialność za przyszłość naszego pokolenia spoczywa nie tylko w autorytatech, ale w każdym z nas: jako osoby dorosłe, bogatsi o doświadczenie i wiedzę, powinniśmy – dalecy od uprzedzeń i nienawiści – objaśniać młodemu pokleniu zawiłe polsko-ukraińskie relacje. Inaczej Wołyń będzie niczym wściekły pies. Strach myśleć, jeśli spuści się z uwięzi.

Więcej o książce Nienawiść i filmie – kliknij. 

Mariusz Rakoski

[1] Zob.: Parafianowicz Zbigniew, »Wołyń« zaboli każdego, „ANGORA” 2016, nr 40 (02.10.2016), s. 16.

[2] Smoleński Paweł, Wołyńska ruletka, „Gazeta Wyborcza” 2016, nr 230.8837 (01-02.10.2016), s. 26.

[3] Tamże.

[4] Tamże.

[5] Weiss Marek, Brat bies, Wydaw. MUZA SA, Warszawa 2016, s. 5.

[6] Żuk Anna, Filozofia walki, Wydaw. UMCS, Lublin 1996, s. 47.

[7] Tamże.

[8] Srokowski Stanisław, Listy, w tegoż Nienawiść, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, s. 130.

Fot.: obrazek wyróżniający nad tytułem – Media. 

Dodaj komentarz