„Sońka”. Ignacy Karpowicz o grzechach historii [RECENZJA]

Ignacy Karpowicz - Sońka
Sońka
na trwale zapisze Karpowicza w kanonie pisarzy literatury współczesnej. Autor Niehalo (debiut, 2006 r.), Gestów (2008, nominacja do Nike) czy ości (2013, nominacja do Nike) napisał książkę, w której świat przedstawiony został nie tylko historycznym patosem, ale i realistycznymi, naturalistycznymi środkami stylistycznymi. Krytycy literatury punktują walory najnowszej powieści białostocczanina: sporo w niej autorskiego dystansu (w przeciwieństwie do poprzednich wielowątkowych powieści, w których ostrze fabuły najczęściej uderzało we współczesne, powiedzmy, zjawiska), języka symbolicznego i okapującego liryzmem, przechodzącego w końcu w dosadność i brutalność – bowiem historia tytułowej Sońki nie jest opowieścią z happy endem, mnóstwo w niej cierpienia, tragicznej miłości i samotności. To wszystko prawda, gdyby nie szczegóły.

Łukasz Wróbel, na łamach „Kultury Liberalnej”, odważnie porównał najnowszy styl I. Karpowicza z takimi nazwiskami, jak Wiesław Myśliwski czy Tadeusz Nowak. Pisze również: „Karpowicz nie dąży do restytucji polskiej racji stanu, ducha polskości. Zresztą nie rewiduje też mitów narodowych, tradycji”[1] – czyli to wszystko, co pisarza zajmowało w dotychczasowym dorobku (wspomnieć choćby Ballady i romanse czy ości). Sońka bowiem ma być powieścią o uniwersalnych prawidłowościach, o tym, co łączy (lub dzieli) niezależnie od szerokości i długości geograficznej; co łączy (lub dzieli) w obliczu najwyższego zagrożenia, kiedy przez okna zaglądają najgorsze oblicza wojny. To również – lub przede wszystkim – historia trudnej miłości, miłości niemożliwej do spełnienia, naznaczonej biegiem historii i ofiarami.

Oto Sońka, mieszkanka „[…] na końcu niczego, w Królowym Stojle, nieopodal metropolitalnej Słuczanki”[2], małej (cztery domy) podlaskiej wsi, poznaje w sierpniu 1941 roku Joachima (hitlerowskiego najeźdźcę), w którym zakochuje się bez pamięci. Porozumiewają się za pomocą dotyków i gestów – sama bohaterka, śliczna wieśniaczka, jest niepiśmienna, dodatkowo granicę poszerza bariera językowa. Mimo języka, mimo okoliczności i pochodzenia (jedna ze stron skazana na sukces, druga – na pożarcie) kochankowie spotykają się co wieczór w okolicznym gaju i uprawiają miłość. Na przekór wojnie, wbrew przeświadczeniu, że obcuje z nazistą, który w okolicznych miejscowościach dokonuje odważnych czystek rasowych. Tak o miłosnych uniesieniach opowiada Ignacemu Sońka: „To nieprawda, że zakochanym czas mija w okamgnieniu. […] Każda wspólnie spędzona minuta była malutką wiecznością, idealnym światem. Każda minuta spędzona osobno była jak wyrzucona w błoto, zepsuta i niewiele warta”[3]. I trudno pomyśleć, że uczucie łączące wieśniaczkę z maszyną przeszkoloną i tresowaną do eliminowania ras niegodnych życia, zostało przez bohaterkę wyolbrzymione lub (w momencie opowiadania lub dziania się) przeidealizowane. Jak sama przyznaje, niewiele wtedy myślała, a – chcąc nie chcąc – w każdej miłości zawiera się element egoizmu: ważne jest moje szczęście (a tego szczęścia bohaterka nie doświadczyła zarówno ze strony prymitywnego ojca, jak i rodzeństwa). „Zebrali ponad sto osób niedaleko drewnianej synagogi w Gródku, tej, co stała blisko cerkwi. Upalny dzień. Żydzi stali zbici w gromadę. Bali się. […] Żołnierze najpierw wyrwali młodego chłopca ze zbitej grupy. – Sehr gut – powiedział Joachim; tak samo kiedyś odezwał się do mnie. Żołnierz wyciągnął mauzera z kabury, przyłożył lufę do skroni i pociągnął za spust. Nic więcej, fontanna krwi i pokruszonych kości”[4] – wspomina Sońka, i jak dodaje: mogła mu, Joachimowi, tylko współczuć.

O Sońce napisano wszystko lub prawie wszystko. O porządku ciała i porządku języka, o tym, że semiotyka (znaczenia), somatyka (biologia – ciało) i syntaksa (sposób konstruowania zdań) są ze sobą „splecione, nie stanowią wątków rozbieżnych” (Ł. Wróbel). Że książka nie mówi o Polakach, Niemcach czy Białorusinach, ale o konkretnych osobach; że I. Karpowicz nie udziela lekcji patriotyzmu; że nie jest o polskiej kondycji podczas wojny; że nie o rozdrapywanie ran chodzi, ale o odprowadzenie historii (pełnej krwi i niesprawiedliwości) w przeszłość. Cudownie. Mamy myśleć, że opowieść Sońki nie dotyka skonkretyzowanej rzeczywistości. A przecież – mimo programowego uniwersalizmu – w świecie przedstawionym powieści dostajemy konkretnych bohaterów, ktoś jest Niemcem, ktoś Białorusinem czy Polakiem, i nic nie jest anonimowe. Ignacy Karpowicz pod osłoną miłosnej historii przemyca wspomniane szczegóły. Ważne szczegóły, a w nich – jak chce stare polskie przysłowie – czai się diabeł. Jak bowiem do owej programowej bezprogramowości mają się fragmenty o „małych ojczyznach”, o barbarzyństwie wieśniaków czy o Bogu większości i mniejszości? „Pił [Igor] dużo z miejscowymi. […] Karmili się telewizorem i Cerkwią, a mniej liczni Kościołem, a wszyscy – plotką”[5]. Czy bardziej dosadny obraz chłopów/wsi: „Bo wariatów groźnych i silnych wieś eliminowała fizycznie i nieodwracalnie. Zbierała się grupa chłopów, widły, siekiery, kilka uderzeń i wspólne nabożeństwo. Taki chłop był porządny, a taki wypadek nieszczęśliwy, pech. […] No i zawsze wina Niemców. Albo Rosjan. Albo niczyja, gdy pokój, czyli skaranie boskie”[6]. W powieści nie brakuje ważnych, klasycznych dociekań: a gdzie wtedy był Bóg? (czyżby nie był tak mocarny i łaskawy? – pyta narrator). A skoro Polska i Polacy… ot, taki pstryczek (uniwersalny, oczywiście): „Ignacy – przez chrzest i bierzmowanie razem w pakiecie, na dzień dobry w świecie [warto podkreślić, że autor jest ateistą] – dostał się mniejszemu Bogu. Nie temu wielkiemu i czystemu, katolickiemu i polskiemu, nie temu, który wywoływał i przegrywał powstanie za powstaniem, upuszczał krew, że aż pisano wspaniałe wiersze, lecz tamtemu pomarszczonemu, starocerkiewnosłowiańskiemu, bełkoczącego głosami wioskowych bab i mużyków w słodkim kadzidle i pociemniałych ikonach. Ten jego Bóg, karłowaty i wsiowy, prawosławny i złocony – sprawiał, iż koledzy i kolegów matki patrzyli na Ignacego z wysokości swej wykrochmalonej, antykomunistycznej wiary, z Piotrowego tronu wcale a wcale takiego fajnego Jana Pawła II”[7].

Do listy literackich porównań dopisałbym jeszcze jedno nazwisko: Jerzy Kosiński. Jego Malowany ptak też miał być historią uniwersalną i anonimową, gdzieś, ktoś, a przecież w tak blisko określonym świecie.

Mariusz Rakoski

 

[1] Kulturaliberalna.pl [dostęp z 19 lutego 2015 r.]

[2] Karpowicz I., Sońka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s. 13

[3] Tamże, s. 49

[4] Tamże, s. 57-59

[5] Tamże, s. 69

[6] Tamże, s. 89

[7] Tamże, s. 73

Fot.: obrazek wyróżniający nad tytułem. Królowe Stojło, wieś tytułowej bohaterki. Źródło: Wikimedia Commons

Dodaj komentarz