„Tequila” Krzysztofa Vargi

Tytuł recenzji: »Tequila«. Prostytucja 

Autor: Cezary Rosiński

Dostęp: recenzja ukazała się na –  Z tekstu. Recenzje prosto z książek 

Verga K., Tequila, Wydawnictwo Czarne, Wrocław 2002

Varga K., Tequila, Wydawnictwo Czarne, Wrocław 2002

Po co czytać Tequilę Krzysztofa Vargi kilkanaście lat po jej ukazaniu? Przede wszystkim po to, by porównać opis raczkującego wtedy zjawiska z jego dzisiejszym pełnokrwistym wcieleniem. Varga narysował coś, co jeszcze dziesięć lat temu potrafiło skłonić do refleksji, dziś – przyjmowane jest be zastanowienia. Gdzie sztuka, a gdzie pieniądz? Może warto się jeszcze raz nad tym zastanowić.

Tequila to monolog wewnętrzny wokalisty i tekściarza popularnej grupy punkowej. Cała książka zamyka się w kondukcie pogrzebowym, a główny bohater niesie trumnę swojego kompana z zespołu, perkusisty Grubego. I przede wszystkim jest niezależny. Poza tym jeszcze tryska jadem i niezadowoleniem. Jest wiecznie rozżalony, kontestuje otaczający go świat, obraża kogo się da, także siebie – ale to tylko dlatego, że przebywa z ludźmi, których obraża.

Jest prawdziwym rockmanem, nie stroni od alkoholu, narkotyków, seksualnych przygód z fankami i nie tylko, łatwo wdaje się w bójki, no i jeszcze – kiedy nie ma noclegu – sypia na cmentarnej płycie jednego z grobowców. Jest też prawdziwym artystą, który ponad wszystko ceni wielkość swoich tekstów, ich zaangażowanie, to wcielenie prawdziwej, a więc niezrozumianej sztuki. Oskarża współczesną kulturę, zwiastuje upadek prawdziwej sztuki, krytykuje zanik dawnych wartości, ale nie przeszkadza mu to w ich łamaniu. Drażni u Vargi podział na jednych i drugich, na nas i tamtych, tym bardziej, że to, co kapela prezentuje poza sceną, nijak się ma do ich zaangażowanych tekstów. Ten męczący dysonans pokazuje, że band jest prawie taki, jak wszyscy. Tym „prawie” jest niezależność, bo zespół rockowy opisany w Tequili to ostatni przyczółek niezawisłości w oceanie sprzedajności. Bohater sprzeciwia się imperatywowi zmiany, przez co skazany jest na wykluczenie.

Książkowa kapela to starzy prawdziwi muzycy w świecie nastoletniej i przekupnej chałtury. Monolog wokalisty to bardzo mocny głos sprzeciwu przeciw traktowaniu sztuki jako prostytucji. Artyzm jest nie na sprzedaż. Varga jednak rysuje sytuację bez wyjścia, prawdziwa sztuka bowiem degraduje człowieka, nie może on – dokładnie tak, jak główny bohater – poradzić sobie z nią, talent i kunszt nie przystaje do życia, jest na wskroś prywatny, nawet do tego stopnia, że uniemożliwia jakąkolwiek komunikację. To właśnie pokazuje obecność w Tequili bezmyślnych fanek, na które nie działają hasła śpiewane ze sceny, ale to, że stoi tam kilku gości z gitarami. Pogrzeb dla głównego bohatera staje się granicą, końcem hedonistycznego i szmacianego życia. Dotychczasowy luz i życiową łatwość zastępuje trudne doświadczenie – niesienie trumny. Fizycznie, dźwiga swojego kumpla, metaforycznie – przez całe życie będzie niósł konsekwencje swoich czynów, własny artyzm i zespół w tej formie, w której już nigdy nie powróci. Bo wierność swojej sztuce się nie opłaca. Raz, że nie prowadzi do kontaktu między twórcą i odbiorcą. Dwa, że nie odnajduje się w dzisiejszej rzeczywistości wolnorynkowej. Dżony, szef wytwórni, zrywa z zespołem umowę, „lejbel” zmienia swój profil, a kapela się już w nim nie mieści. Teraz będą wydawać „same szity”, bo to właśnie one dają „kaskę”.

Bodaj najciekawszym odczytaniem Tequili jest rozpatrywanie jej w odniesieniu tylko do literatury. Jest wszak tutaj dużo literackich aluzji, wszystkie tytuły – utworów, zespołów, czy tras koncertowych – odnoszą się do dzieł pisarzy. Ta maska pozwala rozszerzyć refleksję o rynkowe zasady wydawania książek. Innymi słowy: „raczej więcej”, niż „raczej dobrze”.

Główny bohater mówi, że w sztuce powinien panować reżim. Może demokracja jej nie służy?

Cezary Rosiński  

Blog krytycznoliteracki C. Rosińskiego

Blog krytycznoliteracki C. Rosińskiego

3 myśli nt. „„Tequila” Krzysztofa Vargi”

  1. No cóż, prawdziwy rockmen z tego Grubego… Na jego miejscu brałbym „mamonę” i sztukę, a z reszty drwił, drwił, drwił… Dzisiaj trzeba ładnie się uśmiechać, przyjmować staniki od rozwydrzonych nastolatek, nie tylko emanować gitarą na scenie, ale nagim torsem, dobrze by było, gdyby jeszcze kaloryferem… Reżim? To ja już wolę twarze na sprzedaż 😀

  2. Arte pro arte? Nie, dzięki. Sztuka, moim skromnym zdaniem, powinna być użyteczna, ale nie na sprzedaż (dzisiaj widziałem w kiosku „Moja prawda”, pamiętnik B. Wiśniewskiego, faceta tej, która zamordowała swoje dziecko – twarz na sprzedaż w najgorszym, po prostu ohydnym wydaniu).

  3. A moim zdaniem – niech będzie jaka chce, i sztuką dla sztuki, i na sprzedaż. Każdy z nas jest kowalem własnego losu. Widać, że bohater jakiś niewydolny życiowo. Jego życie, jego problem. Bez przymusu, mógł nawet się zabić, to nie autorytaryzm 🙂

Dodaj komentarz