W czasach dobrej zmiany: na kolanach prawdy, półprawdy i kitu

Żyjemy w czasach, w których się aż roi od prawd. Prawda odmieniana jest przez wszystkie przypadki przez pewnego polityka, w szczególności 10. każdego miesiąca. Słyszymy wtedy, że to „[…] my reprezentujemy prawdę” (10 grudnia 2015) czy „[…] idziemy drogą, która niedługo doprowadzi nas do prawdy” (10 lutego 2017). I mało ważne, że droga do tej prawdy jest długa, że to „dochodzenie” trwa już kilka lat – podczas każdej miesięcznicy słyszymy „już-już, „tuż-tuż” objawimy prawdę. Najwyższy czas, by zdać sobie sprawę, że w polityce „[…] prawdą może być wola przywódcy, ideologia, odpowiednio skonstruowana polityka historyczna, rzekoma wolna Boga czy »dobra zmiana«”[1].

Z różnych powodów coraz częściej odchodzimy od podstawowych kryteriów rozróżniania prawdy od fałszu. Sądy, wypowiadane czy to z mównicy sejmowej, ambony, w studiu telewizyjnym czy na wiecu wyborczym, uznajemy za sądy powszechnie obowiązujące. Podobne zachowanie można skojarzyć z jedną technik manipulacyjnych, którą Robert Cialdini – profesor psychologii na Uniwersytecie Stanowym w Arizonie – określił „społecznym dowodem słuszności” (Wszyscy mają Mambę! Mam i ja!). W dobie zaniku krytycznego myślenia, kryzysu wartości (wywyższania posiadania, deprecjonowania bycia), wtórnego analfabetyzmu (z roku na rok coraz mniej Polaków czyta książek; według ostatniego raportu 63 proc. Polaków nie przeczytało żadnej książki) stajemy się coraz bardziej podatni na prawdy wyrażane przez polityków. Nie zdajemy sobie sprawy – czy to z wygodnictwa życiowego, egoizmu lub, po prostu, braku wiedzy – że dzisiaj, w tak zwanym społeczeństwie informacyjnym (jako bierni obserwatorzy i konsumenci) jesteśmy ofiarami w czyichś rękach: mediów, władzy czy autorytetów. Niezdolność do instrumentalnego, wybiórczego korzystania z mass mediów powoduje, że jesteśmy przysmakiem realistycznych bogów, używając biblijnej retoryki – fałszywych faryzeuszy, nauczycieli, mistrzów kreowania nowej rzeczywistości. W tym celu instytucje czy jednostki wykorzystują współczesny rozwój mediów elektronicznych – wraz z nastaniem epoki Globalnej Wioski, kiedy to lądowanie na Księżycu w lipcu 1969 r. oglądało około 530 mln widzów, kończy się (zdaniem badacza mediów Marshalla McLuhana, autora pojęcia Globalnej Wioski) era Gutenberga i Człowieka Książki. Zaczyna się czas totalnego bezkrytycyzmu Człowieka Elektronicznego, dla którego „[…] media są niczym plemienny bęben. To one narzucają rytm działania i powodują, że choć więcej widzimy, to niekoniecznie więcej wiemy i rozumiemy. Deficyt wiedzy i rozumienia zastępują emocje dające widzom medialnego spektaklu poczucie uczestnictwa w gorącej, neoplemiennej wspólnocie”[2]. (Warto przypomnieć choćby śmierć Jana Pawła II czy katastrofę pod Smoleńskiem: ileż zostało z wspólnotowych emocji, które wtedy zapanowały w Polsce?).

Charakterystycznym zjawiskiem dla nowej epoki – można powiedzieć, że epoki Człowieka Elektronicznego i post-Prawdy – są nie tylko „emocjonalność” i plemienne zachowania. Z egoistycznych pobudek, ale i też z powodu strachu (często potęgowanego przez media w interesie politycznym, religijnym czy ekonomicznym) wywracamy nienaruszalne kanony wartości i prawdy do góry nogami. Jak to niegdyś rzekł klasyk: „Żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne”. To tak, jakby powiedzieć: „Nikt nam nie wmówi, że kiedy jest noc, to jest noc – kiedy naprawdę jest dzień”. W świecie, w którym relatywizuje się ogólnie aprobowane wartości, należy przypomnieć, jakie są ich kryteria.

Post-prawda. Temat specjalnego dodatku do Polityki. Nr 1/2017. Fot.: AR[e]TE

Arystoteles w Metafizyce napisał: „[…] powiedzieć, że istnieje, o czymś, czego nie ma, jest fałszem. Powiedzieć o tym, co jest, że jest, a o tym, czego nie ma, że go nie ma, jest prawdą”[3]. W przykładowym zdaniu, że „Bóg jest najwyższym dobrem”, mamy tyleż samo fałszu, co prawdy. Kryterium prawdziwości – wyprowadzonym już w starożytności przez greckiego myśliciela – jest tu zatem zgodność myśli (zdania) z rzeczywistością. Po prostu: jeżeli zdanie mówi, jak jest, czyli odnosi się do rzeczywistości obiektywnie istniejącej, do faktów, to jest prawdziwe. W innym przypadku – jeśli mówi, że coś jest, a czego nie ma – jest fałszem. Dla Arystotelesa droga do poznania i orzekania o rzeczywistości prowadzi przez zmysły i doświadczenie. Niekiedy jednak nasze zmysły zawodzą (np. każdy z nas może mieć odmienne stany na podstawie tego samego zjawiska). W tej sytuacji – jak chciał tego Kartezjusz, który odrzucił świadectwo zmysłów – należy wątpić. Czy mamy powody, by wątpić w czasy dobrej zmiany? Powinniśmy, dla zachowania czujności i obrony tego, co wyróżnia nas w świecie zwierząt – zdolności do myślenia. Jeśli wątpię, znaczy, że jestem krytyczny, że potrafię odnosić pewne zjawiska do rożnych aspektów życia i naszego, ludzkiego, zbiorowego doświadczenia. I przede wszystkim, jeśli wątpię – to jestem (Dubito ergo cogito ergo sum). Człowiek coraz częściej, niestety, odwołuje się do innych kryteriów orzekania o prawdziwości.

Kiedy myślenie staje się za trudne (albo powiedzmy sobie szczerze: niewygodne) chętnie sięgamy po kryterium „powszechnej zgody” lub autorytetu. Pierwsze z nich sprowadza się do wspomnianego zdania Wszyscy mają Mambę! Ma i ja! – to hasło reklamowe, powszechnie znane, stało się nie tylko przedmiotem badań nad technikami manipulacyjnymi i wywierania wpływu na ludzi, ale także sposobem na sprawowanie władzy i orzekania o prawdziwości zjawisk. Czy prawdziwe będą zatem zdania: „Rządy Prawa i Sprawiedliwości są złe” lub „Opozycja w Polsce jest słaba”? W istocie ani jedno, ani drugie. Zdania te mogą jedynie spełniać funkcje opinii, jeśli jednak znacząca część opinii publicznej uzna, że „tak”, że rządy PiS są złe, lub że opozycja jest słaba, to twierdzenia te są bardziej prawdziwe niż przeciwne (jednak kryterium powszechnej zgodny nieraz wyprowadza na manowce; popularne niegdyś twierdzenie, że „Ziemia jest płaska” okazało się fałszywe). Nie mniej chętnie zawierzamy autorytetom: „Prawda jako cecha zdań nie wywołuje takich emocji jak prawda, o którą lubimy walczyć, sprzeczać się, na której budujemy ideologie, przedmioty wiary, programy polityczne”[4] – zauważa Środa. Autorytety – religijne czy polityczne – które przypisują sobie pełnię władzy na prawdę (tej jedynej i prawdziwej) często prowadziły do niebezpiecznych konsekwencji dla innych (wspomnieć choćby antyżydowską propagandę w nazistowskich Niemczech). Jednak polityka nie jest domeną prawdy. Jest domeną opinii. I – coraz częściej – kitu, kłamstwa, celowego wprowadzania opinii publicznej w błąd, blagi i matactwa.

Filozof Immanuel Kant napisał: „Z drzewa tak krzywego jak to, z którego zbudowany jest człowiek, nie można wystrugać nic prostego”. Manipulatorzy i propagandyścy (swoją drogą termin ten po raz pierwszy został użyty w 1622 w Watykanie, kiedy powołano, by walczyć z ruchami reformatorskimi, Kongregację Propagandy Wiary) szybko dostrzegli refleksję niemieckiego filozofa. Nieskomplikowanego i plastycznego człowieka można ulepić według własnego widzimisię; takiego, który będzie bezrefleksyjnie konsumować każdą podaną, lekkostrawną medialną papkę.  

Prawda jest podstawą społecznego zaufania, zdrowej, opartej na wzajemnym szacunku relacji międzyludzkiej. Każdy z nas ma prawo do prawdy (oczywiście co innego w sytuacji granicznej, kiedy z etycznego punktu widzenia lepiej jest skłamać, niż powiedzieć prawdę). Dzięki niej łatwiej orientujemy się w świecie, jest ważna dla naszej tożsamości i wiedzy o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.

Mariusz Rakoski  

 

[1] Środa Magdalena, Prawda według filozofów, „Polityka” (dodatek „Niezbędnik Inteligenta”), Warszawa 2017, nr 1/2017, s. 18.

[2] Bendyk Edwin, Prolog. Kryzys rzeczywistości, „Polityka”, tamże, s. 8.

[3] Środa Magdalena, Prawda filozofów, tamże, s. 16.

[4] Środa Magdalena, Prawda filozofów, tamże, s. 17.

Fotografia wyróżniająca nad tytułem: Steve Cutts, animator i ilustrator z Londynu. W swojej sztuce skupia się nad problemami współczesnego społeczeństwa. 

Dodaj komentarz