Archiwum kategorii: Literatura zagraniczna

Jennifer Clement – „Prawdziwa historia”

Clement J., Prawdziwa historia oparta na kłamstwach, przeł. Karolina Zaremba, Wydw. Mała Kurka, Piastów 2014

Clement J., Prawdziwa historia oparta na kłamstwach, przeł. Karolina Zaremba, Wydw. Mała Kurka, Piastów 2014

Tekst: Beata Rudzińska

Prawdziwa historia oparta na kłamstwach to druga książka Jennifer Clement wydana w Polsce (po Trucizną mnie uwodzisz). Autorka dopiero daje się poznawać polskiemu czytelnikowi, jednak na świecie ma już pokaźne grono odbiorców. Jej książki zostały przetłumaczone na dwadzieścia dwa języki. Laureatka wielu nagród literackich, m.in. brytyjskiej The Canongate Prize for New Writing. Jej nazwisko znalazło się wśród współczesnych pisarzy w zbiorze Encyclopedia of contemporary writers and their work. Ostatnia powieść pisarki, Prayers for the Stolen, została nagrodzona prestiżową nagrodą Kongresu Stanów Zjednoczonych NEA Fellowship for Literature, a w maju tego roku Clement uhonorowano laurem Sara Curry Humanitarian Award – nagroda przyznawana za działalność w obronie praw człowieka. Jak wynika z informacji na oficjalnej stronie artystki, powieść już wkrótce powinna trafić do Polski. I bardzo dobrze, ponieważ Jennifer Clement to bardzo interesująca pisarka.

Od dawna mieszka w Meksyku, i mimo że pisze po angielsku, przez wiele lat była prezeską meksykańskiego Pen Clubu. Jest poetką i powieściopisarką, aczkolwiek jej proza wymyka się schematom zarówno gatunkowym, jak i formalnym. Tak w Trucizną mnie uwodzisz, jak i w Prawdziwej historii opartej na kłamstwach Jennifer Clement zręcznie manipuluje poetyckimi obrazami, by skreślić mięsistą intrygę.

Continue reading “Jennifer Clement – „Prawdziwa historia”” »

Marilynne Robinson – „Dom nad jeziorem smutku”

Robinson Marilynne, Dom nad jeziorem smutku, tłum. W. Fladziński, Wydaw. M, Kraków 2014

Robinson Marilynne, Dom nad jeziorem smutku, tłum. W. Fladziński, Wydaw. M, Kraków 2014

Tekst: Monika Stocka

Na początku byłam nieufna, bo wygładzone okładki wzmagają moją czujność. Rzadko podchodzę do książki jak do przygody w nieznane, bo zazwyczaj czegoś jednak oczekuję, choćby zakończenia albo trwania, przeżycia albo tylko oglądania. Przyznam też szczerze, że nie zetknęłam się wcześniej z autorką, dopiero po lekturze odkryłam, że Marilynne Robinson jest laureatką Pulitzera za swoją kolejną powieść Gilead (oczywiście mam w planach lekturę).

Po kilkunastu stronach spojrzałam na obwolutę, jakbym chciała sprawdzić raz jeszcze dokąd kupiłam bilet i z jakim przewoźnikiem jadę, a tam rekomendacja od Doris Lessing, która była jak sms od mamy w stylu: nie rozmawiaj w pociągu z obcymi. Uciszyłam więc w głowie wszystkich pasażerów i ich historie, które jeszcze szarpały mnie za rękaw i zwolniłam, jak nakazywała jedna z moich ulubionych pisarek.

Szybko postanowiłam przejść pieszo tę drogę, w zasadzie zaraz po tym jak Ruth opowiedziała jak zginęła jej matka. To były ze dwa akapity, ale czytałam je kilka razy, bowie między zdaniami były wieczności, w których trzeba się było zanurzyć, żeby je odczuć. Nie, tam wcale nie ma drastycznych scen, ani powodzi smutku (chociaż historia jest smutna). Jest kilka faktów jak wysp na oceanie… bynajmniej nie spokojnym. Trzeba zwiedzić je wszystkie, trzeba wytężyć wzrok, by nie zlać ich w jedną ziemię, by dostrzec przestrzeń miedzy nimi. I ocenić, ile wysiłku wymaga dotarcie z jednego miejsca na drugie.

Już zanurzona w historii znajdywałam w niej wcześniej zasłyszane dźwięki. To była melodia z tyłu głowy, do której nie pamiętałam już słów, a bardzo chciałam je sobie przypomnieć. I udało mi się. Pasowała mi Jeanette Winterson, Jeanette Walls i Majgul Axelsson. Każda po trochę i w różnym natężeniu. Bo historia jest o kobietach, o kobietach z przeszłością, porzuconych, szukających, zagubionych, innych. O kobietach dzieciach w dorosłych i kobietach dorosłych w dzieciach, o relacjach rodzinnych tych nieoczywistych, tych złapanych za końce traw, utrzymujących się na skraju urwiska i tych wymykających się ze zmęczonych już rąk. O niewidzialnych nitkach, które potrafią się trzymać lepiej niż niejeden ozdobny wyrafinowany szew. O przestrzeni między ludźmi, która bywa murem, ale i wielką łąką z masą kwiatów i świeżego powietrza.

Continue reading “Marilynne Robinson – „Dom nad jeziorem smutku”” »

Gerbrand Bakker – „Na górze cisza”

Bakker Gerbrand, Na górze cisza,

Tekst: Monika Stocka 

…a na dole życie 

Helmer i Henk są jak Hennes & Mauritz, jedna nierozerwalna całość. Najpierw rozdziela ich Rita, narzeczona Henka, a następnie śmiertelny wypadek, po którym Helmer czuje się jak czegoś pół. A potem następują kolejne śmierci; marzeń, planów, rodziny i w końcu Helmer zostaje sam z ostatnią śmiercią – ojca. Panowie nie pałają do siebie zbyt ciepłymi uczuciami, jak twierdzą, choć nie jest to do końca takie proste. (Szkoda mi go. Bronię się przed tym uczuciem – przed jakimkolwiek uczuciem, gdy przebywam w jego pokoju – ale mimo wszystko to czuję). W ogóle ta powieść nie jest prosta, choć pozornie opowiada nieskomplikowaną historię, można by nawet dodać jakich niemało.

Przeczytałam na okładce, że książka jest cicha i skromna, i trudno chyba o lepsze podsumowanie. Treść jest pełna męskich, krótkich zdań, które śmiało można wziąć za początki jakichś dłuższych wypowiedzi, utykających w szorstkim, męskim gardle (uwielbiam to!). To my musimy je kontynuować. Co jakiś czas, któryś z bohaterów coś powie, żeby czytelnik zweryfikował czy w dobrą stronę idzie, czy dobrą drogą, ale ta droga jest surowa i wietrzna, więc uważajcie, żeby po drodze wam coś nie umknęło, żebyście się nie zgubili. I nie dajcie się zwieść wiejskim krajobrazom. Oszczędność środków wyrazu, akcji, przyrody sprzyja skupieniu się na tym, co ważne, a czego nie ma w zdaniach. Paradoksalnie brak i cisza nagłaśniają i uwypuklają problem.

Nie zdradzę zbyt wiele, jeśli powiem, że Helmer to człowiek, który zawsze musiał się poddawać albo czyjejś woli (ojca), albo losowi. Nosi w sobie piętno tego drugiego, jakby był graczem czekającym na ławce rezerwowej. Jeszcze czekający, ale już bez wiary, zrezygnowany. Ale sam nie robi nic. Wścieka się, ale do środka, i niewiele z tego wynika: […] Za niedługo pójdę doić. Jutro rano znowu będę doił. I przez resztę tygodnia oczywiście też, i w przyszłym tygodniu. Ale to mi już nie wystarcza, wydaje mi się, że nie jestem już w stanie dalej wtykać głowy pod krowy, by pozostawić sprawy ich własnemu biegowi. Jak jakiś debil.

Nieoczekiwane spełnienie planów, o którym możemy również przeczytać na okładce, przychodzi według mnie również przypadkiem (jako dowód podam stronę 312), więc niby coś się udało, ale nie do końca naszym (Helmera) udziałem.

Continue reading “Gerbrand Bakker – „Na górze cisza”” »

Nadine Gordimer – „Znaleziony”

Gordimer Nadine, Znaleziony, Wydaw. M, Kraków

Gordimer Nadine, Znaleziony, Wydaw. M, Kraków

Tekst: Monika Stocka 

Ludzi zawsze spotyka się w życiu po coś. Może to być zarówno przystanek, jak i wspólne pokonywanie drogi. To może być przemeblowanie, emigracja albo zmiana kierunku. Dotarcie do nowej biblioteki, gdzie książki, ułożone według innego porządku, nabierają nowego sensu. Wykonywanie zwykłych czynności, które w innych pokojach zmieniają znaczenie.

Kiedy Julie poznaje Abdu, sprawia wrażenie, że zostawia sprawy własnemu biegowi. Czasem lekko wskazuje losowi kierunek, ale bez zbytniego napięcia. Czytając książkę po swojemu, zrozumiałam, że Abdu otwartość Julii traktuje trochę jak kaprys, a trochę jak nieświadomą beztroskę. Z miłości więc zaczyna ją chronić, chcąc ustrzec ukochaną przed szeregiem rzekomo czyhających niebezpieczeństw. Julie z kolei, jako poszukująca, jest gotowa na nową rzeczywistość, nie boi się jej, a wręcz jest jej ciekawa. I przymierza się do niej z zainteresowaniem, chętnie ją do siebie przykłada i z radością w oczach przegląda się nowej sobie w lustrze. Nieporozumienia znajdują ujście wieczorami, w łóżku, jedynej niezagrożonej ojczyźnie. Tam język staje się w pełni zrozumiały, prawidłowo odczytany. Wymowny. Uwolniony. Tam przychodzi bezpieczny spokój.

Continue reading “Nadine Gordimer – „Znaleziony”” »