6. urodziny „Krytycznym okiem”! Rozmowa z J. Czechowiczem

Mariusz Rakoski: Dzisiaj obchodzimy 6. urodziny „Krytycznego oka”. Myślę, że są powody do zadowolenia: około 700 recenzji; współpraca z prestiżowymi wydawnictwami w Polsce, wymienić choćby Znak, Czytelnik czy Czarne; wywiady z pisarzami. Twoja pasja i sumienność przekładają się na wyniki – 1 459 kliknięć „Lubię to” na fb oraz 30 tys. wyświetleń strony w miesiącu. Podzielasz mój entuzjazm?

Jarosław Czechowicz

Jarosław Czechowicz. Fot.: autorskie 

Jarosław Czechowicz: Kiedy 14 sierpnia 2007 roku wrzucałem na platformę blogspotu te pierwsze, kalekie raczej (tak to oceniam teraz) omówienia, nie przypuszczałem, że po sześciu latach dość poważne liczby będą określać moją stronę. Blisko pięć lat „Krytycznym okiem” było sobie po prostu blogiem książkowym. Jednym z wielu, bo rokrocznie zwiększała się liczba tego typu stron. Dwa posunięcia znacząco pomogły mi w promocji. Po pierwsze – Facebook. Ironicznie traktowany choćby przez Piotrka Czerwińskiego w „Pigułce wolności”, a ostatnio także w „Zamęcie” Krzysztofa Niewrzędy, jest trampoliną promocyjną, o czym wie dzisiaj już każdy. I chociaż ktoś określił mnie mianem „fejsbożka”, nie zamierzam przestać rzucać się tam w oczy. Bo ludzi, do jakich jeszcze można dotrzeć, jest bardzo wielu. Drugi, bardziej znaczący krok, to wyjście z domowej jaskini do ludzi. Spotkania, rozmowy, uczłowieczenie tego tajemniczego blogera, co to od lat pisze, ale nigdzie go nie ma. No to już jestem. W wirtualu i realu. Wiem, że jeszcze można dotrzeć w wiele miejsc. A wydaje mi się, że teraz – po sześciu latach – mam z czym docierać. I tak – brzmi to nieskromnie, ale od pewnego czasu zaznaczam, że to nie jakaś megalomania, lecz poczucie własnej wartości. W tym kraju często będące pod pręgierzem zawistników.

Coś w stylu: psy szczekają, karawana jedzie. Nie przejmowałbym się pseudokrytyką – „fejsbożka”. Resentyment.   

Ależ ja się tym nie przejmuję. Nie traktuję jako krytyki. To napisał inteligentny człowiek, i ja się inteligentnie tym określeniem bawię. Bo trafił w dziesiątkę i zrobił to lingwistycznie genialnie!

J. Czechowicz poleca na swoim blogu. Zapewnia, że warto zajrzeć.

J. Czechowicz poleca na swoim blogu. Zapewnia, że warto zajrzeć.

Właściwie „Krytycznym okiem” nie jest stroną internetową, ale blogiem. Nie wchodząc w terminologiczne oraz techniczne różnice i podobieństwa, to drugie rozwiązanie dla realizacji pasji, wydaje mi się mało profesjonalne. Zgadzasz się, tak myślę, z moją opinią, że ludzie blogują na potęgę. Nic w tym niedobrego, jednak w tym gąszczu wirtualnego, emocjonalnego ekshibicjonizmu sama nazwa może sprawić, że nasze ambitne plany szybko spalą na panewce.

Otrzymałem już kilka różnych – dziwnych niekiedy – propozycji profesjonalizowania „Krytycznym okiem”. Tak, blog to nic profesjonalnego; każdy go może mieć, każdy może na nim pisać, co mu się żywnie podoba. A ja mimo wszystko pozostanę przy blogu. Nie tylko dlatego, że słyszy się coraz głośniej, iż blogosfera to jakaś tam wielka siła i w niedługim czasie wyprze pewnie wszystko, co się da i zacznie rządzić. Nie wiem, czym i kim.

Wiesz, wydaje mi się, że ja od początku po prostu wykorzystuję możliwości, jakie daje blogowanie, a profesjonalnie to staram się zamieszczać treści. Zwróć uwagę, że robią to też inni, poważnie zajmujący się krytyką literacką. Blogi prowadzą Bernadetta Darska, Paulina Małochleb, Izabela Mikrut… Zawartość ich stron różni się znacznie od treści tych – jak wspomniałeś – blogujących na potęgę.

I chyba nie zgodziłbym się z tym, że taka a nie inna forma strony stawia mnie gdzieś w ogonie, na przegranej pozycji. Pojawiają się kolejne patronaty medialne. Zaczynają ze mną współpracować w tym zakresie wydawnictwa pierwszoligowe. Tworzy się coś na kształt marki. To nic, że na platformie blogspotu.

Tę markę przypieczętowałeś nagrodami. Wyróżnienia w konkursie „Literacki Blog Roku 2009”, „Literacki Blog Roku 2011”, nominacja na „Papierowy Ekran 2012”. Czy jakąś pominąłem?

Hola, hola, nie było żadnych nagród. To są wyróżnienia; dość liczne, ale tylko wyróżnienia. Fajnie było widzieć stronę na drugim miejscu po głosowaniu sms w konkursie Blog Roku 2012 – kategoria Literackie i kulturalne. Na tym koniec, bo ostatecznie jurorka tej kategorii wybrała coś innego. I mogliby dać wreszcie jakąś nagrodę, no!

W wywiadzie dla „Book z nami” powiedziałeś, że blogosfera nie wypiera krytyki literackiej. Chciałbym przy tym zatrzymać się dłużej. Jesteś absolwentem filologii polskiej oraz podyplomowych studiów z dziennikarstwa. Wiesz, że człowiek – jak chciał tego polski medioznawca T. Goban-Klas –  nie potrafi nie komunikować. Stąd moje pytanie: dla kogo jest „Krytycznym okiem”?

Typologia systemów komunikowania się Gobana-Klasa jest złożona, a to stwierdzenie zbyt uogólnia problem. Bo problem w komunikowaniu się jest ogromny. Wspominałem, że jedno drugiego nie wypiera, ponieważ tkwią w zupełnie innych kanałach komunikacyjnych. „Krytycznym okiem” nie jest dla odbiorców, którzy poszukują krótkiej notki, jakichś gwiazdkowych rankingów i szablonowych ujęć zmierzających do tego, by zdradzić, czy podobało się czy też nie. Nie będą się jego treścią także zachwycać naukowcy publikujący w periodykach, bo to dla nich pewnie mimo wszystko za niskie progi. Piszę dla tych, którzy mają świadomość, że moje recenzje to przede wszystkim sugestie interpretacyjne. I chcą interpretować po swojemu. Może potrzebują bodźca, by nabyć daną książkę, bo w gruncie rzeczy są do niej już przekonani. Piszę dla czytelników, jacy gotowi są poświęcić te dziesięć minut w skupieniu, by przyjrzeć się danej pozycji, o której zwykle mają już jakieś wyobrażenie.

Tak naprawdę to jednak komunikat w jedną stronę. Komentarzy jest niewiele, do niedawna dominowały złośliwości, świadectwem zainteresowania są wirujące liczniki odsłon. Z kim się komunikuję? Wierzę, że z ludźmi świadomymi tego, po co zajrzeli na moją stronę.

Popularne wpisy na "Krytycznym okiem" (fot., screen strony).

Popularne wpisy na „Krytycznym okiem” (fot., screen strony).

Widzę, że polecasz dość sporo blogów literackich. Warto zajrzeć?

Pewnie, że warto, po co inaczej bym te linki eksponował? Z tym że to nie są blogi, które ja jakoś szczególnie kocham czy często odwiedzam, ale strony prowadzone inaczej niż moja. Warto tam zajrzeć, bo ci ludzie – mniej lub bardziej profesjonalnie – piszą o książkach dość wyraźnie i naprawdę z pasją. Zwykle od wielu lat. No i warto zajrzeć, bo jest tam Twoje AR[e]TE!

Po co inaczej? Bezinteresownie, nie wchodząc w zawartość merytoryczną i tematyczną bloga. Osobiście nie poleciłbym strony, która nie spełniałaby moich kryteriów oceny. 

No to widzisz, moje kryteria… to brak zaostrzonych kryteriów. Inne punkty widzenia. Do porównania. Nikogo nie zmuszam, żeby tam wchodził, ale teraz, po naszej rozmowie, na pewno się w tym rejonie zrobi gęsto od ciekawskich.

Na Twoim blogu pierwsze skrzypce grają recenzje nowości wydawniczych. Według jakiego klucza wybierasz książki? Kierujesz się własnym „szkiełkiem”, „okiem” i „sercem”, a może głosem ludu, współczesnymi trendami, modą, dyktatem kultury masowej?

Okłamałbym Cię mówiąc, że jestem odporny na promocyjne chwyty medialne i że absolutnie im nie ulegam. Pewnie, że zwrócę uwagę na książkę, o której jest głośno, ale czasami bywa tak, iż jak ją już mam przed sobą, to nie chce mi się dołączać do wielogłosu i daruję sobie jej omawianie. Myślę, że mimo wszystko działa bardziej serce i instynkt niż zdrowy rozsądek. Jakby mną kierowało to drugie, można by mnie nazwać naukowcem. A nim nie jestem. Kiedyś Mariusz Zielke polecał moją stronę, wskazując na to, że można u mnie znaleźć omówienia książek, o jakich się milczy. On je chyba nazwał niszowymi, nie pamiętam dokładnie. To chyba znaczy, iż mimo tego pędu za nowościami i recenzowania w dużej mierze tego, co dość rozpoznawalne, zachowuję dostatecznie dużo czasu i uwagi na książki, które po prostu intrygują i nie ma to niczego wspólnego z tym, kto i jak je promuje.

Niedawno miałem przyjemność wziąć udział w rozmowie na antenie Radia Plus. Konflikt mody na blogowanie i krytyki literackiej nasuwa mi na myśl błyskotliwą argumentację mojego adwersarza, który stwierdził, że nie jest ważne, co się czyta. Ważne, że w ogóle się czyta. W takim układzie czytajmy „Pamiętniki” Bartosza Waśniewskiego.

Ha! Też o mało nie dałem się wkręcić w dyskusję o tym rzekomym konflikcie podczas rozmowy w Radiowej Dwójce. Wtedy się mocno zaangażowała Danusia Awolusi, więc ja mogłem poprzestać na jakichś tam truizmach. Po prostu nie chce mi się gadać na ten temat. Oczywiście ważne jest, co się czyta, jednakże w dzisiejszych czasach cieszyć się należy, iż czyta się cokolwiek. Tego pana to sobie musiałem wygooglać, żeby zrozumieć, o co Ci chodzi, ale to tylko świadczy o tym, że czytam tyle, a niby prostych rzeczy nie wiem! Sam nawyk czytania jest ważny, jego wypracowanie. Mówienie, że nie ma się czasu na czytanie, jest tylko smutnym świadectwem tego, iż nie popracowano nad nawykiem. Jeśli wzmacnia się go chłamem czytelniczym, można przymknąć na to oko. Trzeba wierzyć, że to w przyszłości pójdzie gdzieś dalej, wyżej, będzie ambitniejsze.

Cytat Jar. Czechowicz

Swoją drogą. Zrecenzowałbyś takie pamiętniki? Zrecenzowałeś 50 twarzy Graya. Wybacz, ale nie czytałem.

Taty Madzi? A po co? Mama Madzi już tyle nam powiedziała! Natomiast co do Greya, skoro pytasz, powiem Ci jak na spowiedzi, do której nie chodzę, o co tu biegało. O wykorzystanie nośności tej książki do podniesienia słupków. Zdawałem sobie sprawę, że ogromny procent tych, którzy zajrzą do tej recenzji, nie zostanie na dłużej przy „Krytycznym okiem”, ale byłem ciekaw, jak mocno skoczą te wykresy i inne takie. Skoczyły aż za mocno. Przeraża mnie to, że omówienie „50 twarzy Greya” wciąż jest na pierwszym miejscu najpopularniejszych postów, ale liczę, że dzielnie już przebijająca Kinga i Cabré rozmawiająca ze mną Joanna Bator pokona i to cudo. Przyznaję się bez bicia, a może i dostanę bęcki – zagrałem tym Greyem, pobawiłem się. Mea culpa – miałem wtedy jakieś głupie parcie na zwiększenie odwiedzin strony!

Nic głupiego.  Sam też stosuję takie, powiedzmy, dźwignie promocyjne strony. Ta sytuacja przypomina mi moją recenzję powieści Hanny Samson – Wojna żeńsko-męska i przeciwko światu. W dniu publikacji statystyki rosły w zawrotnym tempie, a Czytelnicy trafiali na stronę AR[e]TE przez takie hasła w Google, jak: „seks”, „masturbacja”, „seks grupowy” czy „seks jednopłciowy”.

Jakbym upublicznił, dzięki jakim hasłom wchodzą na moją stronę, to taka Sylvia Night czy inna E L byłyby zarumienione. Ty też! Czasami aż strach się przyglądać, co ludzie wrzucają w biednego Googla!

Rozumiem, że maszyny drukarskie nie mogą pozostać niezatrudnione, jednak stawiam na „jakość”. Prestiżowe, liczące się na rynku oficyny upadają lub ogłaszają upadłość układową. Najlepiej prosperują te, które zajmują się wydawaniem literatury masowej, a ostatnio Polacy zaczytują się w eropowieściach. Wyniki czytelnictwa za rok 2012 Biblioteki Narodowej również nie napawają optymizmem. Osobiście jestem przerażony.

Krytycznym okiem

Ja również. Ale co wartościowego może być w tym kraju wolne od upadku? Myślę, że nawet i oficyny od eropowieści wcale nie stoją jakoś rewelacyjnie i każdy w mniejszym lub większym stopniu drży przed kolejnym rokiem. Widzisz, jakie się cuda dzieją – jest sobie Świat Książki, nie ma Świata Książki, bo Niemiec tak postanowił. Jest z powrotem mimo wszystko i to się chwali. Wydawanie erotycznego badziewia to często sposób myślących redaktorów na to, by zdobyć kasę na wydanie pozycji ambitnych. I tak się to teraz robi, bo inaczej nie można. Nie przeszkadza mi, że Wielka Litera wydaje jakąś Sylvię Day czy Night, bo wiem, że tą Sylvią zarabia na to, żebym poczytał Rylskiego czy Careya. Mam ubolewać nad tym, dlaczego kupują Sylvię? Skoro dzięki niej dostanę za chwilę ambitnego autora, a może czasem tylko dzięki niej, to się cieszę. Ta Sylvia pomoże niejednej sfrustrowanej kobiecie poczuć się dobrze w Polsce, w której dobrze to jest naprawdę niewielu.

Dwie pieczenie na jednym ogniu… Chcesz powiedzieć, że w Polsce „niedobrze” żyje się kobietom?

Tym uprzedmiotowionym, sprowadzonym do roli domowej maszyny od wszystkiego i kuriera po piwo? Tym, co boją się rodzić dzieci, bo po macierzyńskim pracodawca powie im adieu? Tym za które faceci w garniturach decydują, że mają rodzić i nie usuwać, bo już zygota jest święta? Tak. Facetom też jest niedobrze. Mnie ogólnie niedobrze, jak pomyślę o Polsce w szerszym kontekście, ale to chyba nie temat na dzisiejszą rozmowę.

„Krytycznym okiem” to przede wszystkim, takie odnoszę wrażenie, bogaty zbiór omówień nowości wydawniczych. Ale również kompendium wiedzy krytycznoliterackiej oraz kuźnia samego gatunku, jakim jest recenzja. Swoją działalność niedawno poszerzyłeś o wywiady, ostatni z Joanną Bator.

To zawsze będzie przede wszystkim zbiór omówień. Cykl wywiadów przeznaczony jest na ten rok. Szukam siebie gdzie indziej. A raczej zadaję pytania tym, których mogę zapytać o to, co mnie dręczyło, gdy ich czytałem. To wspaniała przygoda, bo moi rozmówcy opowiadają mi niesamowite historie. Pewnie nigdy nie dojrzałbym ich między kartkami książek, jakie napisali.

Z pewnością rzetelnie przygotowujesz się do rozmowy, a sam proces powstawania takiego wywiadu jest wieloetapowy. Przed autoryzacją wiele poprawek i zmian. Ingerencji w „słowo mówione”.

Wielu jest ciekawych tego, jak to się robi. Chyba każdy jest świadom, że nie mam czasu ani możliwości, by ze wszystkimi rozmówcami spotkać się osobiście. Tak, przygotowanie takiego materiału to kilka etapów. Najciekawsze w tym jest to, że często podczas pracy odkrywamy temat albo problem, jaki nas wspólnie zaskakuje. Trzeba umieć słuchać. Zawsze uważnie. Można się zdziwić, ile niezwykłości odkrywa się w rozmowie, która… czasem zaczyna się zwyczajnie. I nigdy nie można się nastawiać na wyznaczanie jakichś ram takiej rozmowy. Niektórzy chętnie będą opowiadać, inni odpowiedzą lakonicznie. Przedstawiam rozmówców takich, jacy się chcą pokazać. Wielu jest zaskoczonych po publikacji, że poszło tak sprawnie. Że tyle się nagadało. Czuję, kiedy oboje jesteśmy zadowoleni z wywiadu. Ich przygotowywanie uczy pokory. Odejścia od oceniania, klasyfikowania, uznawania czyichś poglądów za właściwe lub nie. Rozmowy toczą się wokół twórczości, ale – jak pewnie zauważyłeś – często od pisania odbiegają. Bardzo przyjemne doświadczenie, choć absorbujące czas niewątpliwie. Wierzę, że starczy mi sił i zapału na kontynuowanie cyklu w przyszłym roku.

Szukasz rozmówców sobie godnych czy rzucasz „oko” na każdą gwiazdę?

Szukam ludzi wyraźnych. Niekoniecznie podobnych do mnie. Co więcej – czasami z zupełnie innej bajki. I staram się oczywiście uwzględniać sygnały czytelników, którzy wskazują, kogo warto ich zdaniem przepytać. Naturalnie są też pisarze, z którymi jestem blisko i chcę porozmawiać po przyjacielsku. Nie szukam gwiazd, szukam ludzi z krwi i kości. Szukam ich opowieści.

Czy w planach jakieś, powiedzmy, atrakcje dla Czytelników „Krytycznym okiem”? Zmieniłeś szablon na bardziej przejrzysty i wprowadziłeś strony, np. „Wywiady”. To może miejsce dla informacji lub… wywiadów-wideo?

Książki w Polsce są bardzo drogie. Czytający „Krytycznym okiem” przekonują się do jakiejś pozycji, ale nie mogą sobie na nią pozwolić. Postanowiłem wprowadzić stałą zakładkę z konkursami. Wiem, że uszczęśliwiam tylko jedną z wielu osób, które biorą udział w zabawach, ale przynajmniej w ten sposób mogę komuś zapewnić dostęp do czegoś, co po prostu kosztuje.

Poza tym zmieniłem sposób prezentacji książek i dodałem tytuły recenzji. Wreszcie. Wielu wytykało mi, że bez tytułu to nieprofesjonalnie i w ogóle. No to są tytuły. W wideo bawić się raczej nie będę. Czas pokaże, czy będą jeszcze jakieś zmiany. Na pewno w bieżącym roku dostosowałem stronę do potrzeb artykułowanych w listach, rozmowach. Bo dociera do mnie, że to nie jest jakiś tam mój blogasek, ale miejsce, które warto dopasować do odwiedzających, skoro jest ich aż tylu.

Jesteś również nauczycielem. Na podstawie własnych doświadczeń i obserwacji dochodzę do wniosku, że polska oświata zmierza ku zapaści. Młodzieży brakuje tego, notabene, krytycznego oka. Zdarzają się wyjątki, ale jednak jaskółka wiosny nie czyni. 

Ona nie zmierza, ona już w niej jest. Obniża się standardy nauczania, bo rzekomo encyklopedyczna wiedza to przekleństwo i teraz trzeba stawiać na myślenie, kojarzenie, rozumowanie. A ja tam sobie myślę (sic!), że chyba ze wstydu bym się spalił, gdybym – sytuacja niedawna – przy poznaniu mieszkańca Wenezueli, nie wiedział, gdzie leży Wenezuela i jakie miasto jest jej stolicą. Młodzież nie wie, gdzie jest Islandia, Izrael… po co to wiedzieć, przecież furorę robi metawiedza typu „wiem, gdzie poszukać”. Gdzie miałbym szukać, witając się z moim nowym znajomym? Nie mam telefonu z dostępem do netu, który mobilnie wykorzystuje się tylko po to, by się z kimś odznaczyć, że jest się gdzieś tam i patrzeć, kto zalajkuje. Wiesz, jak wygląda myślenie i kojarzenie młodzieży? Norwid to tworzył wtedy co Herbert, a ten to pewnie przed Mickiewiczem. Barok można sobie wcisnąć po pozytywizmie, a Młoda Polska to pewnie przed renesansem. Naprawdę nie robię sobie żartów! Skąd się mają brać krytyczne oczy, kiedy na każdym już poziomie edukacji rządzi testologia i uczenie pod klucze, równania czy inne ministerialne wymysły? Wierzę jedynie w to, że cały ten system nie zabije iskry krytycznej w oczach tych, którzy dostali je w genetycznym spadku po rodzicach albo dzięki ślepemu losowi i grom DNA.

Jarosław Czechowicz cytat

Zauważ symbiozę: literatury z maszynami drukarskimi, które wypuszczają na rynek coraz więcej omamiających i otępiających treści. Podobnie wygląda stan współczesnej szkoły, która rozochociła się w „ilości”. Gdzie placówki,  które promowały myślenie i, po prostu, wymagały od uczniów?

Na ten temat to już się wypowiadać nie będę, bo jeszcze mi praca miła i może mi się oberwać! Ty wiesz – bo też masz za sobą szkolny epizod – i ja wiem o rzeczach, o których nie muszą wiedzieć wszyscy. Bo co zmienimy, gadając o tym? Jedyne, co mogę robić, to moja codzienna praca, którą staram się udowodnić, że to, o czym powiedziałeś jest nieprawdą.

W życiu muszą istnieć jakieś likiery, które osładzają nam życie – twierdzi Maria Janion za egzystencjalistami. Czy Twoja praca osładza Ci życie?

Oj tam, praca zaraz. Moimi likierami są bodźce. Różnorakie. Niektóre widoczne na załączonych obrazkach. Nie chce mi się opowiadać o tym, co lubię robić poza czytaniem, recenzowaniem i uczeniem. Bo mimo tego, że rozgadałem się okrutnie i wielu do końca pewnie nie dobrnie, chronię swą prywatność przed przestrzenią publiczną. I to by było na tyle w temacie likierów wszelakich.

Dziękuję Ci za rozmowę. W takim razie z okazji 6. urodzin życzę Ci jak najwięcej tych bodźców,  tych likierów, zarówno zawodowych, jak i w życiu prywatnym.

A ja Tobie, by AR[e]TE się wzbijało. W każdym możliwym znaczeniu!

 Profil J. Czechowicza na AR[e]TE 

Zdjęcie wyróżniające nad tytułem: Jarosław Czechowicz (z lewej) w rozmowie z Piotrem Senderem. Warszawa 2013. Fot.: Facebook/Piotr Sender

2 myśli nt. „6. urodziny „Krytycznym okiem”! Rozmowa z J. Czechowiczem”

Dodaj komentarz